1 9 8 9

Jako mieszkaniec nrdowskiego bloku na Dzierżyńskiego nie lubiłem grać na tych z Klimzowca. Za bajtla nie lubiłem zapuszczać się w te regiony. Teraz tam mieszkam ponad 2 dekady i bliżej mi do Klimzowca niż do swoich rodzinnych stron. Ale ja nie o tym miałem pisać. Miałem napisać o książce mojego imiennika Grzegorza.

Grzegorza Kopaczewskiego, przeczytałem dopiero teraz (ach ten kompletny brak czasu). Połknąłem w parę godzin. „1989” to na pewno jest osobisty głos autora, ale nie jest to tylko jego historia – to historia setki, a nawet tysięcy małych fusbalerów na Górnym Śląsku. W trakcie czytania kilka razy roześmiałem się na głos, raz serce podskoczyło mi do gardła i musiałem ze dwa razy przełknąć ślinę zanim obróciłem kolejną stronę.

Książka to powrót do lat, które nigdy nie wrócą, to nostalgia nie tylko za minionymi latami, ale również za ludźmi i historiami, które są z nimi splecione. Jeśli czwórka stuknęła Wam z przodu, to jest to pozycja obowiązkowa. Jeśli jesteście młodsi to czytając możecie poczuć, jak wyglądało życie bez Internetu czy telefonów komórkowych.

I w zasadzie już bym skończył, ale jeszcze o czymś zdań kilka. Jest taki fragment w książce. O historii, o znaczeniu pewnego słowa. I Grzegorz w swych rozważaniach się nie myli, ale żeby było bardziej źródłowo w odkrytym rok temu archiwum znaleźliśmy na to dowody. Ale o tym to już w kolejnej książce o Ruchu Chorzów…

 

Autor: Grzegorz Joszko

 

PS. O wynikach Turnieju Czwartych Klas ani słowa w archiwum. W 1986 roku w tym turnieju wygrała Szkoła Podstawowa nr 1.

 

Paradoksalny efekt poprawy pamięci

Reminiscencja

W psychologii nieświadome wspomnienie, refleksja; paradoksalny efekt poprawy pamięci po upływie pewnego czasu od ostatniej próby zapamiętania. Istota tego zjawiska polega na tym, że ludzie po przekroczeniu pięćdziesiątego roku życia lepiej pamiętają zjawiska z okresu, kiedy mieli od 10 do 30 lat (za Wikipedią).

Mieliśmy okazję zwiedzić wszystkie miejsca na stadionie Ruchu, od jedynki do trybuny głównej. Obecny sezon rozpoczęliśmy na trybunie głównej, wczoraj miało to nawet sens, bo takiej ilości wody lecącej z nieba w trakcie meczu już dawno nie widzieliśmy.

Deszcz pada, pełne sektory, dzieci przemoczone. A nad boiskiem roznosi się pieśń o tym, jak cała Polska się buduje.. W ciągu dekady nawet ta piosenka zdążyła się zdezaktualizować, bo prawie cała Polska zdążyła się już zbudować, a My ciągle moknemy jak te ci*le..

Wczoraj, mimo że nie przekroczyliśmy jeszcze pięćdziesiątego roku życia, to mieliśmy istny paradoksalny efekt poprawy pamięci. Po pierwsze primo – obraz ociekających wodą kibiców biegnących zająć swoje miejsce na sektorze zasługują na ogromny szacunek. Po drugie wciąż primo, kiedyś była taka tradycja na trybunie głównej, która niestety przestała ostatnio funkcjonować. Kibice na trybunie głównej tupali nogami, tak że trybuna trzęsła się w posadach, a piłkarze gości czekający na wejście na murawę trzęśli nogami. Czas wrócić do tej tradycji, bo to, że do hymnu się wstaje a nie siedzi, to raczej kwestia dobrych manier a nie pamięci…Po trzecie cały czas primo, a to już naprawdę głęboko musieliśmy sięgnąć do szuflad pamięci, została otwarta w dniu meczowym kawiarenka. Powrót kawiarenki? 10/10!

Autor: Semper Fidelis

PS. Jeśli ktoś sądzi, że awans uzyskuje się po 4 kolejkach, to wczoraj deszcz ochłodził niektóre gorące głowy. Jeszcze nikt na fejsie czy innym czymś nie wygrał szpilu..

Cienie i blaski – plusy i minusy. Ruch po 270 dniach

270 dni to najdłuższa przerwa w historii meczów ligowych rozgrywanych na stadionie Ruchu. Tylko 4400 widzów mogło zobaczyć to spotkanie i licznik biletów zatrzymał się na tej liczbie. Wszyscy spragnieni adrenaliny meczowej odliczali dni do tego spotkania. Kibice, aby znowu ryknąć Ruuch oraz pracownicy, aby zainaugurować mogły zmiany poczynione w ostatnich tygodniach.

Blask meczu to nowo otwarte po raz pierwszy w historii skyboxy i trzeba przyznać, że pomysł sprawdził się w 100%. Coś czujemy, że miejsce to będzie cały czas zajęte.

Plus meczu to catering, piwo i program meczowy w postaci nowego wydania „Niebieskiej eRki”, która jak za starych dawnych czasów ma w sobie tzw. „skarb kibica”. Dzisiaj, gdy sięgamy po takie opracowanie z lat 60 czy 70 to pozwalają one na identyfikację piłkarzy, których nie widzieliśmy na boiskach. Na plus zdecydowanie wynik meczu, piękne bramki i 3 punkty. W wielu spotkaniach będą się liczyć tylko punkty, punkty, punkty..

Co jeszcze w plusach? Na pewno powrót fany „Ultras Boys”, nowe dedykowane stroje meczowe, zastrzeżenie numeru 12 dla kibiców Ruchu.

Cieniem jest fakt, że to wszystko odbywało się na wysłużonym już stadionie Niebieskich, bo wiadomo, że ciągle dokonywane są próby wypudrowania stadionu, który został zbudowany w 1935 roku i dopóki to się nie zmieni to jeszcze przez długi okres czasu będziemy skazani na to, co mamy..

Minus? Ach Ci sędziowie, którzy nie zauważyli podania obrońcy Warty do swojego bramkarza, chyba oślepiło ich słońce, które akurat zaszło.

 

Autor: Semper Fidelis

Dwa debiuty

1 sierpnia 1937 roku odbył się tylko jeden mecz ligowy, ale za to jaki. Ruch Wielkie Hajduki vs. AKS Chorzów. Ligowe derby sąsiednich gmin. Prasa zapowiadała ten mecz jako sensacyjny hit wakacyjny na ukończonym stadionie. Wspaniała żelazna trybuna była udostępniona dla kibiców. Był to pierwszy ligowy mecz tej trybuny otwarty dla publiczności.

Zdjęcie: Konstrukcja trybuny głównej. Zdjęcie pochodzi z zasobów NAC.

Bilety sprzedawały się jak ciepłe bułeczki. AKS był niewygodnym rywalem dla Niebieskich, w rundzie wiosennej górą były Zielone Koniczynki wygrywając na swoim stadionie 3:1.. Na stadion przybyło 30 tysięcy hajduckich i chorzowskich kibiców. To był rekord frekwencji na stadionie w Wielkich Hajdukach (dzisiaj obecny stadion Ruchu) w ligowym spotkaniu przedwojennym. Oczywiście podobna frekwencja zdarzała się na meczach towarzyskich, szczególnie reprezentacji Śląska, ale mecz ligowy nigdy wcześniej, aż do 1939 roku nie przyciągnął tylu kibiców. W dodatku to było pierwsze ligowe spotkanie tych dwóch drużyn w Wielkich Hajdukach.

Mecz

Spotkanie rozpoczęło się o godzinie 17:30, a oba zespoły wystąpiły w następujących składach:

Ruch: Brom, Czempisz, Giamza, Panchrysz, Nowakowski, Dziwisz, Wodarz, Wiechoczek, Wilimowski,  Peterek, Kubisz.

A.K.S.: Mrugała, Stolarczyk, Knas, Bedkowski, Kuchta, Skrzypiec, Morcinek, Wostal, Piontek, Pytel i Pochopin.

Prasa o pierwszej połowie pisała:

„Pierwsza połowa gry upłynęła przy zdecydowanej przewadze mistrza Polski. Atak hajduczan zagrał wprost koncertowo. Składne kombinacje Wodarz – Wiechoczek – Wilimowski – Peterek przypominały najlepsze wzory wiedeńskie. Niestety tej zdecydowanej przewagi nie potrafił Ruch uwidocznić bramkami (…) w 40 minucie po strzale Wodarza Mrugała wybiega z bramki, piłka go przeskakuje, wpadła do bramki, przy czym w ostatniej chwili dobija ją przytomnie Wilimowski. Sędzia p. Lustgarten, który już dawno powinien przejść na emeryturę, z niezrozumiałych przyczyn bramki nie uznaje”.

O drugiej połowie prasa pisała: „Przewaga gości z minuty na minutę wzrasta. W 32 minucie A.K.S. stwarza pod bramką Ruchu niebezpieczną sytuację. Wostal pięknie strzela na bramkę, jednak bramkarz Brom pięknie broni. Był to najcięższy okres dla Ruchu. A.K.S. w tej części gry nie schodzi z pola gospodarzy. W 35 minucie A.K.S. przeprowadza piękny atak, Wostal wysunięty naprzód strzela na bramkę, główkuje Piątek, jednak znowu Brom pięknie broni”.

Ostatecznie w meczu nie padła żadna bramka. Wynik 0:0, ale 30 tysięcy gardeł głośno dopingowało obie drużyny przez cały mecz. Najlepszym graczem Ruchu był Giemza, który przyzwyczaił się już do gry w obronie oraz w bramce Walter Brom.

Brom

W tym meczu ligowym z AKS w wieku 16 lat zadebiutował bramkarz Walter Brom, choć nie był najmłodszym przedwojennym debiutantem w drużynie Niebieskich (w wieku 15 lat debiutował Gerard Wodarz) to jednak jego bezkompromisowy debiut zrobił ogromne wrażenie na kibicach zgromadzonych na trybunach.

Zdjęcie: Walter Brom

Brom już rok później pojechał na Mistrzostwa Świata, choć nie zagrał, to przeszedł do historii jako najmłodszy uczestnik tej imprezy. To był jeden z największych talentów ówczesnej piłki nożnej, a na tej pozycji zdecydowanie najlepszy. Prasa po wojnie pisała o nim, jako o jednym z tych, którzy pomogą w odbudowie polskiej piłki nożnej zarówno klubowej, jak i reprezentacyjnej. Jego niespokojna dusza była chyba podobna do innych bramkarskich historii, które przedwcześnie zakończyły swoje kariery, a później i swoje życie. Brom miał wszystko, żeby stać się wielkim piłkarzem przez duże „P” i gdyby nie ta niespokojna dusza, którą trudno było wtedy wyleczyć, pewnie tak by się stało. Walter Brom zmarł w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach w wieku 47 lat.

AKS

Ostatecznie Ruch zakończył rozgrywki ligowe w 1937 roku na 3 miejscu, jedno miejsce wyżej zajął Amatorski K.S. Jak piłkarze z góry Redena nie zdobyli tytułu mistrzowskiego, to już wiedzą tylko oni. Zadecydowała o tym porażka u siebie z Pogonią Lwów. Prasa warszawska rozpływała się nad zespołem lwowskim. W sumie wtedy warszawskich dziennikarzy cieszyło przede wszystkim to, że rozgrywki ligowe nie wygrał zespół z Górnego Śląska, niż to, że wygrała je Cracovia, choć i hajducki Ruch nie pomógł sąsiadowi zza miedzy przegrywając w Krakowie z popularnymi Pasami. Zespół krakowski, jako pierwszy w historii zdobył tytuł mistrzowski jako beniaminek. 52 lata później sukces ten powtórzył chorzowski Ruch. Przedwojenny Ruch nie miał dobrej prasy, bez względu na to czy był w tabeli na miejscu pierwszym, piątym czy dziesiątym, co ciekawe piłkarze AKS przed wojną mieli zdecydowanie lepszą prasę niż Ruch. Dziennikarze przewidywali nawet, że część graczy Ruchu przejdzie wtedy do AKS. Choć do tego nigdy nie doszło, to jednak dziennikarze mieli używanie w najlepsze.

Autor: Grzegorz Joszko

10. kategorii kibica

Prawie każdy z nas jest jakimś pasjonatem, jednych pasjonuje polityka, innych kuchnia włoska, jeszcze innych pasjonują podróże. Każdy z nas ma w sobie jakąś pasję. Od momentu, kiedy media społecznościowe dają możliwość komentowania wydarzeń, pojawili się pasjonaci komentowania wszystkich możliwych postów. Te osoby można nazwać pasjonatami od wszystkiego. Na wszystkim się znają. Są lekarzami, prawnikami, historykami. Omnibusy wręcz.

Pasją jest też kibicowanie. Drużynom klubowym lub reprezentacji kraju. Jedno oczywiście nie wyklucza drugiego.

Najlepsi są „kibice kanapowi” (nie mylić z kanapką). To tacy, na których słowo „wierny” oznacza umieszczenie w profilu barw klubowych. Nie wie co się dzieje, nie wie nawet w jakiej lidze gra klub, któremu „kibicuje”.

Drugą kategorią stanowią „kibice drużyny przeciwnej”. Wybierają się na mecz, tylko wtedy kiedy przyjeżdża atrakcyjny rywal. Do tej kategorii należy również „kibic ładnej pogody”, na mecz tylko jak jest odpowiednia pogoda.

Trzecia kategoria, to „kibic polityk”. Oj Ci są zawsze wierni i oddani, jak tylko zbliżają się wybory.

Czwarta kategoria to „kibic domowy”. Jest obecny na wszystkich meczach „u siebie”, kupuje karnet na cały sezon. Interesuje się tym, co się w klubie dzieje. Zna wyniki, skład i sztab szkoleniowy.

Piąta kategoria to „kibic wyjazdowicz”. Jest obecny na wszystkich meczach „na wyjeździe”, mecze domowe go nie interesują. Interesuje się tym, co się w klubie dzieje lub nie.

Szósta kategoria to „fanatyk”. Dzień rozpoczyna od sprawdzenia co się dzieje na stronach klubowych. Po opublikowaniu terminarza wpisuje wszystkie daty meczów do swojego kalendarza, jest obecny na „wyjazdach” i „u siebie”. Zna wszystkich piłkarzy, nazwiska, numery z jakimi grają. Rozpoznaje ich po twarzach. Orientuje się w statystykach swojej drużyny. Zna historię swojego klubu.

Siódma kategoria to „kibic maruda”. Czego by ktoś nie powiedział lub nie zrobił, maruda zawsze jest do tego negatywnie ustosunkowany, nic mu się nie podoba. Należy łączyć z kategorią drugą i czwartą. A czasami piątą.

Ósma kategoria to „ultras”. Piąta i/lub szósta kategoria w połączeniu z ubarwieniem meczów śpiewem lub oprawami.

Myślę, że w dobie mediów społecznościowych można też zakwalifikować kategorię „kibica społecznościowego”. Takiego od konkursów w klikanie, który klub ma np. najlepszych kibiców na świecie lub w komentowanie na każdy temat wydarzeń kibicowsko-sportowych. Kibic ten może należeć ponadto do każdej kategorii z wymienionych powyżej.

Dziesiąta kategoria to kibic nienależący do wyżej wymienionych.

PS. Osoba, która kibicuje wielu drużynom klubowym z jednego kraju, to dziennikarz 🙂

František Dembický

Był pierwszym trenerem Ruchu z Czech, pracę rozpoczął 1 stycznia 1948 roku. Pojawiając się w Chorzowie miał 32 lata. Wkrótce miały zainaugurować rozgrywki ligowe.

Czas okupacji Dembický spędził w rodzinnych stronach: Vsetin, Bohemians, SK Slezska Ostrawa, AFK Vrsovice. Kariery nie zrobił, rozegrał w sumie około 20 meczów w tym czasie. W 1947 roku na meczu hokeja poznaje i ściąga go na trenera warszawskiej Legii Sekretarz Generalny stołecznego klubu. Jak wspominał jego dokonania portal legia.com nauczył zawodników warszawskich śpiewać czeskie piosenki zamiast grać w piłkę. Po zakończeniu pracy w Warszawie okazało się, że przed przyjazdem do Polski ukończył zaledwie 3-tygodniowy kurs trenerski, a praca z Legią była jego pierwszą w karierze. Nie przeszkodziło to jednak, aby w Chorzowie dostał kontrakt…

Ruch Chorzów (wówczas pod nazwą Ruch 1920 Chorzów Batory) zagwarantował trenerowi 30 tys. złotych wypłacanych z góry do piątego każdego miesiąca (przeciętne wynagrodzenie w 1948 roku wynosiło połowę tej kwoty). To nie były wszystkie profity, bo klub zapewnił trenerowi mieszkanie wraz z opałem, światłem i sprzątaniem oraz pięć bezpłatnych posiłków dziennie: śniadanie, drugie śniadanie, obiad, podwieczorek i kolację. Dodatkowo pełny zwrot kosztów podróży. Było też 21 dni urlopu. Trener František Dembický w zamian trenował I drużynę i rezerwy we wtorki i czwartki, a drużyny juniorskie w środy i piątki. Trener miał gwarancję, że nikt z zarządu nie miał prawa za niego decydować kogo wystawić do składu. Umowa pomiędzy stronami była podpisana na okres 12 miesięcy i wygaśnie automatycznie wraz z końcem roku.

Zdjęcie: Tzw. „prosta” podczas jednego z meczów w Chorzowie

Pierwszy ligowy mecz po wojnie Ruch rozegrał 13 marca 1948 roku z Garbarnią Kraków, na ławce zasiadł Czech, a na trybunach ponad 18 tysięcy kibiców Niebieskich. Do pierwszego, po 8 letniej przerwie, ligowego boju trener Dembický desygnował następujących zawodników: w bramce Walter Brom, w obronie Maksymilian Gebur i Józef Olsza, dalej Gerard Suszczyk, Henryk Bartyla i Jerzy Bomba, w ataku Jan Przecherka, Gerard Cieślik, Henryk Alszer, Ewald Cebula, Eugeniusz Kubicki. Jedyna bramka padła w 89 minucie meczu, a jej strzelcem był Przecherka, który celnym płaskim strzałem wykończył podanie Cebuli. Na trybunach zapanowała euforia, a strzelec gola opuścił murawę na rękach uszczęśliwionych fanów. Po meczu František Dembický powiedział:

Podziękujcie Bogu, że dwa punkty zostały w domu.

To nie był sezon marzeń w Chorzowie. 3. miejsce na koniec sezonu w 1948 roku potraktowano jak porażkę i tylko w klasyfikacji frekwencji Ruch znalazł się na pierwszym miejscu ze średnią ponad 12 tysięcy widzów na mecz. Zarząd klubu za winnych brązowego medalu uznał piłkarzy Niebieskich mówiąc:

Niepowodzenia należy się dopatrywać w samych zawodnikach, u których stwierdzono brak kondycji, ambicji, ducha bojowego i woli zwycięstwa. Ponadto zauważono u poszczególnych zawodników przesadne wyobrażenie o swoich zdolnościach i umiejętnościach piłkarskich oraz brak szczerego koleżeństwa, co również wpływa na ogólny nastrój drużyny.

Mocno dostało się zawodnikom za to, że nie uczestniczyli w marszu jesiennym, który odbywał się w całej Polsce w rocznicę bitwy pod Lenino pod hasłem „Młodzież polska maszeruje szlakiem zwycięstw bratnich armii polskiej i radzieckiej”. Sowiecka propaganda w polskim sporcie w 1948 roku nabierała nieprawdopodobnego rozpędu.

Nie udało nam się znaleźć co Dembický robił po zakończeniu pracy w Chorzowie. Internety znajdują osobę o tych danych jako zmarłą w I wojnie światowej na polach bitwy we Francji. Kim tak naprawdę był František Dembický? Na pewno nie trenerem piłkarskim, bo tego ani w Warszawie ani w Chorzowie nie potrafił robić. Patrząc po liczbie rozegranych spotkań ligowych grać też raczej nie umiał. Kim był zatem? Może ktoś zna odpowiedź na to pytanie…

 

Autor: Grzegorz Joszko

 

Tutaj przeczytasz historię innego zagranicznego trenera Niebieskich

Jak to było z tym alkoholem

Przypominamy wpis, który ukazał się kilka lat temu na naszym starym blogu.

Niedziela

28 czerwca 1936 roku do Wielkich Hajduk przyjechała krakowska Wisła. W niedzielne popołudnie przy 12 tysiącach widzów Ruch pokonał wicelidera ligi 1:0 po bramce Gerarda Wodarza. Prasa o bramce pisała:

Jedyna bramka dnia padła w 44 minucie na skutek błędu obrony gości. Mianowicie nieobstawiony Wodarz przebił się przed samą bramkę i skośnym strzałem ulokował piłkę w bramce.

Poniedziałek

Działacze Ruchu na następny dzień 29 czerwca 1936 roku zaplanowali sparing z drużyną Cracovii, która po zeszłorocznym spadku z Ligi była na dobrej drodze do powrotu do najwyższej klasy rozgrywkowej. To było jak zły sen. Wynik 0:9, do bramki Ruchu po 2 latach powrócił Kurek, zastąpiony w trakcie meczu przy wyniku 0:5 przez Tatusia. Prasa śląska był oburzona takim wynikiem, ale relacja z „Przeglądu Sportowego” doprowadziła do niezwykłych wydarzeń.

Wtorek

„Przegląd Sportowy” opublikował list Stanisława Skrzypczaka, dziennikarza, który zrelacjonował wydarzenia z nocy z poniedziałku 29 na 30 czerwca 1936 roku. Skrzypczak czekał na piłkarzy Ruchu na dworcu w Katowicach powracających z meczu z Cracovią. Z pociągu, co było raczej normalne wysiadł Wilimowski i Kurek, obaj mieszkali przecież w Katowicach, ale dziennikarz doszukiwał się w tym odwagi tylko tych piłkarzy, którzy postanowili wyjść do oczekujących dziennikarzy. Obaj piłkarze swoje pierwsze kroki skierowali do restauracji usytuowanej na ul. Wojewódzkiej. Dziennikarz Skrzypczak ze swoim kolegą po fachu zupełnie przypadkowo skierował się do tego samego przybytku i zajął miejsca obok piłkarzy, którzy siedzieli w restauracji z innymi dziennikarzami oraz działaczami Śląskiego Związku Piłki Nożnej. Dziwnym trafem pan Skrzypczak i jego kolega do tego stolika zaproszeni nie zostali, a piłkarze zauważyli ich dopiero o godzinie 3 nad ranem. Pan Skrzypczak zupełnie trzeźwy wysłuchał, co Wilimowski i Kurek mieli do powiedzenia, a co zacytował warszawski tygodnik we wtorek:

„Nad ranem około godz. 3-ciej Kurek, skonsumowawszy większą ilość wódki, zauważył mnie siedzącego i przysiadłszy się do mojego stolika, przywołał ledwo trzymającego się na nogach Wilimowskiego, którego dotychczas osobiście nie znałem. Przedstawił mi go Kurek i wówczas ich zagadnąłem:

– Jak doszło do tak kompromitującej porażki?

– Cracovia – odpowiada Kurek – zagrała jeden ze swych najlepszych meczów. Nie musieliśmy jednak przegrać, gdyby wszyscy nie byli pijani. Po meczu z Wisłą kierownictwo wypłaciło każdemu graczowi po 50 zł. Wszyscy poszliśmy więc na pijatykę i dopiero nad ranem około godz. 5 wróciliśmy w poniedziałek do domu. Badura ledwo stał na boisku w Krakowie, a Peterek nie mógł dojrzeć piłki. Ja – przerywa Kurkowi Wilimowski – to widziałem zawsze cztery piłki. Po takiej nocy nic nie szło”.

Środa-piątek

„Przegląd Sportowy” w następnych dniach relacjonował wydarzenia poniedziałkowe chwaląc się przy tym, że takiej sprzedaży gazety na Śląsku nie miał nigdy i musiał dodatkowe egzemplarze dowozić z innych części kraju. Doniesienia tygodnika sportowego sugerowały, że oprócz pijaństwa, piłkarze Ruchu otrzymywali wynagrodzenie za granie w piłkę jak zawodowcy, co było wtedy zabronione. PZPN wspólnie z przedstawicielami Ligi na zlecenie Głównego Komitetu Olimpijskiego postanowił przeprowadzić śledztwo. Wilimowski twierdził, że owszem i pił, ale nie był pijany i stanowczo wszystkiemu zaprzeczył. Kurek zaś utrzymywał, że to była zwykła wymówka ze względu na tak wysoką porażkę, choć pijany w katowickiej restauracji był. Piłkarze zostali skonfrontowani z dziennikarzami, którzy byli autorami listu w obecności przedstawiciela PZPN. Dla Komitetu Olimpijskiego problemem nie był alkohol, tylko rzekoma gratyfikacja, którą piłkarze mieli otrzymywać za granie w piłkę nożną. W kolejnym wydaniu „Przeglądu Sportowego” zrobiono z Wilimowskiego winnego, przedstawiono go jako człowieka, którego sposób zachowania nie predysponuje do reprezentowania barw naszego kraju. Pisząc, że oczywiście

„Wszystko trzeba wyjaśnić dla dobra polskiej piłki nożnej”.

Wyrok

W międzyczasie gierek prasowych zawodnicy Ruchu zremisowali w lidze z Pogonią Lwów 1:1. To była ostatnia kolejka przed przerwą na Olimpiadę. Parę dni później PZPN postanowił w sprawie zawodników i hajduckiego Ruchu: Eryk Kurek – zawieszony na 2 lata za

„rozsiewanie nieprawdziwych pogłosek”

Ernest Wilimowski – zawieszony na 6 tygodni za:

„nieodpowiednie zachowanie się, jako członka drużyny olimpijskiej i złamanie przysięgi olimpijskiej”.

Klub Sportowy Ruch Wielkie Hajduki został zawieszony do odwołania bez możliwości rozgrywania meczów ligowych czy towarzyskich. Wydział Gier i Dyscypliny PZPN postanowił (uwaga!) sprawdzić księgi finansowe Ruchy czy rzeczywiście piłkarze są dodatkowo opłacani. Wszystkie kary zostały ustanowione tylko na podstawie oświadczenia dziennikarza, któremu nie dane było usiąść z piłkarzami przy jednym stoliku. PZPN nie posiadał żadnych dowodów na winę klubu czy piłkarzy, a jednak wydał wyroki skazujące na podstawie rewelacji „Przeglądu Sportowego” i zrobił to (uwaga!) do czasu sprawdzenia wszystkich dokumentów. Kara dla Wilimowskiego oznaczała wykluczenie go z udziału w Olimpiadzie, co praktycznie przekreśliło zdobycie medalu drużyny piłkarskiej na tej imprezie. Śląskie relacje prasowe w sprawie 20-letniego Ernesta Wilimowskiego wskazywały na ogromną krzywdę jaką mu wyrządzono. „Ezi” pisał listy do Komitetu Olimpijskiego, w których prosił o zmianę decyzji, ale zawieszenie nie zostało cofnięte, co gorsza dla Ruchu zawieszenie skutkowałoby walkowerami i w końcu karną degradacją do klasy A. Niektórzy nie umieli przeboleć wielkości Ruchu i jego dominacji w rozgrywkach ligowych. Organ Ligi Piłkarskiej nie przyjął jednak kary zawieszenia Ruchu, jednak PZPN był nieubłagany. Za Ruchem stanęły inne śląskie kluby, jakby tego było mało, do akcji chciały się również przyłączyć kluby z Kielc i Krakowa. Prasa napisała:

„Zdołaliśmy się poinformować u wiarogodnego źródła, iż w razie gdy PZPN nie zmieni swego postępowania w stosunku do klubów śląskich, kluby te wystąpią z PZPN i utworzą własny związek, do którego mają zgłosić swój akces m.in. kluby krakowskie i Zagłębia kieleckiego”.

To była wojenna ścieżka.

Koniec?

PZPN kontrolował przez wiele dni dokumentację finansową Ruchu i…nic nie znalazł. NIC. ZERO, NUL. Jako, że nie było żadnych dowodów na zawodowstwo piłkarzy, kary zawieszenia zostały zniesione. Ot tak. Ernest Wilimowski i Ruch Wielkie Hajduki niewinni, choć „Ezi” został w pełni zrehabilitowany 3 tygodnie później niż klub. Nałożone przez PZPN kary „do czasu wyjaśnienia sprawy” zostały anulowane. „Przegląd sportowy” i PZPN zamilkł i do dzisiejszego dnia nie przeprosił ani klubu ani Ernesta. Gdyby nie przerwa olimpijska nie byłoby szans na czwarty tytuł mistrza Polski. A tak na 5 dni przed powrotem na ligowe boiska kara została anulowana.

Korona mistrzowska w sezonie 1936 i tak powędrowała na głowy piłkarzy Ruchu. Z Ernesta Wilimowskiego zrobiono pijaka, którym nigdy nie był, a PZPN zrobił wszystko, żeby reprezentacja olimpijska nie zdobyła złota.

Autor: Grzegorz Joszko

Co tam było słychać lata temu

W czerwcu 1935 roku (85 lat temu):

  • w okolicach Krasnegostawu przeszedł huragan powalając kilka domów we wsi Siennica Różana,
  • 26 czerwca był najcieplejszym dniem roku, a termometry pokazały 32 stopnie
  • Urząd miasta w Katowicach przeznaczył 250 tysięcy złotych na nowe domy mieszkalne,
  • Mieszkanka Rybnika znieważyła policjanta dając mu do zrozumienia, że ma ściągnąć mundur, bo nie szczyci się mądrością,
  • W Chorzowie odbył się uroczysty obchód 15-rocznicy założenia Związku Młodzieży Polskiej,
  • W kinie „Apollo” w Chorzowie na dużym ekranie można było zobaczyć film pt. „Piotruś” oraz „Biały Ptak”. W Chropaczowie kino Metropolis było zamknięte z powodu renowacji,
  • W Wielkich Hajdukach liczył się tylko Ruch…

.. i dokładnie 23 czerwca 1935 roku odbył się mecz Ruchu bez trenera. Gustav Wieser, który był pierwszym zagranicznym trenerem Niebieskich został zwolniony po sromotnej porażce w Warszawie 0:6 kilka dni wcześniej. Prasa mocno ubolewała nad tym faktem, oprócz tego dziennikarze śląscy obarczali trenera za słabe przygotowanie piłkarzy do sezonu. Mnóstwo kontuzjowanych zawodników było jednym z powodów zwolnienia Austriaka, ale nie tylko. Trener inkasował 500 zł miesięcznie, co było wówczas kwotą astronomiczną (średnia pensja wynosiła ok 80-120 zł na miesiąc).

„Polska Zachodnia” napisała: A pozbyto go się zdaje w najodpowiedniejszym momencie. Jego praca bowiem nie dawała żadnych rezultatów. Przeciwnie drużyna traciła na formie. Gracze uskarżali się na metody treningów stosowane przez Wiesera, który zamiast zaprawy gimnastycznej, karmił zawodników tylko piłką i grą do dwóch bramek, w czasie takiego bezsensownego treningu kontuzjowany został Wodarz. Za ową pracę pobierał Wieser 500 złotych miesięcznie. Dziwić się należy kierownictwu Ruchu, które przez tak długi okres czasu patrzyło na jego szkodliwą działalność przez palce (…).

Niebiescy pałali zemstą za porażkę w stolicy. A w upalne czerwcowe popołudnie w ósmej kolejce ligowej przyszedł czas na rewanż z Legią w Wielkich Hajdukach. Absencje w hajduckim zespole były coraz większe. Powrócił do składu Dziwisz, ale nie mogli zagrać Urban i Zorzycki. W sumie w tym meczu Ruch wystąpił bez siedmiu podstawowych graczy.

Ruch wystąpił w składzie: Tatuś, Wadas, Panchyrz, Szlosarek, Nowakowski, E.Malcherek, P.Malcherek, Badura, Giemza, Dziwisz, Kubisz.

Mimo rezerwowego składu zawodnicy dali z siebie wszystko. Prasa pisała: Wynikiem przygniatającej przewagi Ruchu było… 15 kornerów, wszystkich jednak nie wykorzystano (…). Tak bitnej jedenastki Ruchu nie widzieliśmy dawno. Była ona owianą silną wolą zwycięstwa i zagrała bez zarzutu. Nowakowski na środku pomocy znalazł się na właściwym miejscu, był on po prostu motorem napędowym swej drużyny i grał ofensywnie, jak i defensywnie bez zarzutu.

Ciekawa sytuacja miała miejsce w drugiej połowie, kiedy kontuzji doznał Badura, ale zamiast zejść z boiska, zamienił się pozycją z Nowakowskim. Badura wyjątkowo w tym meczu grał jako środkowy napastnik.

To była ogromna ambicja i zaangażowanie tych piłkarzy, którzy ostatecznie wygrali z Legią 1:0 po bramce Badury. Gra zespołu tchnęła w piłkarzy wiarę, że przegranie małej bitwy nie mogło spowodować przegrania całej wojny jaką było zagrożenie zdobycia tytułu mistrzowskiego. Nową miotłą zamiast nowego trenera okazali się sami piłkarze Ruchu.

Jeszcze słowo z prasy na temat tego, co wydarzyło się na trybunach: Mecz odbył się w dość napiętej atmosferze, gdyż publiczność ustosunkowała się wrogo wobec gości. Ocena pracy sędziego: p. Libermann nienadzwyczajny.

23 czerwca 1916 roku (104 lata temu) w Katowicach urodził się Ernest Wilimowski (link). W powyżej opisanym meczu nie zagrał, miał kontuzję łękotki, z którą zmagał się praktycznie do końca 1935 roku.

23 czerwca 1965 roku (55 lat temu) po raz pierwszy w Polsce obchodzono „Dzień Ojca”.

 

Autor: Grzegorz Joszko

Książka prawdę Ci powie

Mieliśmy okazję przeczytać najnowszą pozycję książkową o Ruchu Chorzów. „100 lat Niebieskiej Legendy”to wyjątkowa pozycja przeznaczona dla dzieci. Jean Cocteau mawiał, że dzieci mają cudowną moc, aby zmieniać się we wszystko, w co tylko zapragną. W tej książce mogą stać się niebieskimi bohaterami. Mogą być Gerardem, Cilą oraz Adlerem. Mogą utożsamiać się z dziejami Ruchu, poznać jej legendy i wydarzenia. Wiele książek dla dzieci to opowieści, które są wymysłem autora. Autor książki Pan Krzysztof Pławecki pięknym wierszem opowiedział prawdziwą i wyjątkową historię, która wydarzyła się naprawdę. Przecudne są ilustracje Pani Katarzyny Winkler, warto przyjrzeć się każdej stronie bardzo dokładnie i wyłapać szczegóły związane z chorzowskim klubem.

To książka przeznaczona dla najmłodszych, ale wiemy, że sięgną po nią nieco starsi. To pozycja z serii „must have” co w wolnym tłumaczu oznacza „pozycja obowiązkowa dla każdego kibica Ruchu”.

Od 20 lipca w punktach Ruchu Chorzów (link)

Smutna wiadomość

Dotarła do nas bardzo smutna informacja. Zmarł Pan Bogusław Czaplicki, który pomagał nam w tłumaczeniu i interpretacji wielu tekstów z przedwojennych niemieckich gazet. Oprócz współpracy z nami pomagał również w tłumaczeniu tekstów piosenek w książce Mariusza Kowolla.

Był autorem wielu opracowań m.in. „Oblężenie Gliwic jako początek ślubowanych pielgrzymek Gliwiczan na Jasną Górę”.

Bogusław Czaplicki. Gliwiczanin urodzony w Wielkopolsce, przyjaciel. Miał 88 lat. Rodzinie i najbliższym składamy najszczersze kondolencje.