Wieści z pola boju

Jak donoszą nasze zaufane źródła prace nad kolejną częścią książki o historii Ruchu Chorzów idą pełną parą. Palce palą się od pisania. Autorzy kolejnej części zapowiadają, że historie i zdarzenia z życia niebieskiej drużyny lat 30. to będzie opowieść pełna niespodzianek. Wiemy, że czekacie, ale… obfitość danych z okresu 1930-1939 jest tak duża, że podjęta została decyzja o rozszerzeniu tomu I na kolejne części, bo pominięcie czegokolwiek na potrzeby zmieszczenia się w objętości stron jest bezcelowe. Ile wyjdzie części z tego okresu? Dwie, może trzy. Nie więcej. Może.

Planowo materiał z całego okresu przedwojennego będzie zakończony, jak autorzy uznają, że jest zakończony i gotowy do publikacji. Dlatego jakiekolwiek rozważania dotyczące terminu wydania na dzisiaj nie mają większego sensu.

Czekacie?

Pocztówka z Sellin

Sellin to miejscowość na niemieckiej wyspie Rugia położonej nad Morzem Bałtyckim. Kurort słynie z pięknego mola z domem pomostowym i salą koncertową o długości ponad 500 metrów (z niemieckiego – Seebrücke Sellin). Molo powstało na początku XX wieku. Budynki zostały odrestaurowane w latach 90. Nie naszą rolą jest reklamowanie tego miejsca. A wspominamy o nim z innego powodu.

Jak pewnie pamiętacie w odnalezionych archiwach klubowych znajduje się cała masa różnych artefaktów. Jedną z najcenniejszych pamiątek są kartki pocztowe. Kartki mają niezwykłą wartość historii Ruchu. Piłkarze będąc na wyjazdach przesyłali pozdrowienia do klubu. Tradycją było, że każdy z nich podpisywał się osobiście. Najstarsze kartki pocztowe pochodzą z lat 20. ubiegłego wieku. Kolejne dekady i kartki wysyłane z różnych części Polski i Europy. W sumie zachowało się ich kilka.

Najstarsza kartka pocztowa będąca w archiwum pochodzi z 16 czerwca 1923 roku. Została nadana z Sellin, jej adresatem był Józef Wieczorek, który z Ruchem związany był przez większość swojego życia. Treść kartki jest prywatna, dlatego też nie będziemy jej wam przedstawiać. Czy ta kartka zapoczątkowała tradycję wysyłania pozdrowień do Wielkich Hajduk, a później Chorzowa? Nie mamy pojęcia.

Zdjęcie: Kartka pocztowa z Sellin

Jedno jest pewne – te pocztówki to historia z dużym „R” w środku. Miejmy nadzieję, że kiedyś w niedalekiej przyszłości powstanie muzeum Ruchu, bo to jedyne miejsce na właściwe eksponowanie takich pamiątek.

Litery alfabetu

15 marca 1953 roku zadebiutowało po raz pierwszy trio Alszer, Breiter, Cieślik. Mówiono i pisano o nich A-B-C, od pierwszych liter nazwisk napastników.

Zdjęcie: A-B-C. Od lewej Breiter, Cieślik, Alszer w karykaturze 

Bardziej niż na boisku słynne A-B-C zaistniało w świadomości kibiców Ruchu. Przecież tych trzech napastników w sezonie mistrzowskim w 1953 roku zagrało wspólnie tylko 5 meczów. W kolejnych dwóch sezonach po osiem spotkań. Niewiele. Powodów zakończenia A-B-C należy szukać przede wszystkim w ciągłych kontuzjach Breitera.

Kiedy jednak tercet Alszer – Breiter – Cieślik grał razem był prawdziwym postrachem bramkarzy drużyn przeciwnych. W pięciu meczach sezonu w 1953 roku zdobył wspólnie 14 z 15 bramek, które Ruch wówczas uzyskał. To wówczas ci piłkarze zaskarbili sobie popularność i nadano im przydomek „Trójka A-B-C Ruchu”.

Prasa lubiła skróty, przecież wcześniej używano tych liter dla ataku poznańskiego Lecha (Anioła – Białas – Czapczyk), którzy wspólnie grali w sezonach 1949-1950.

My inne skróty alfabetu widzimy tak:

W-P-W (Wodarz – Peterek – Wilimowski)

F-G-L (Faber – Gasz – Lerch)

F-G-H (Faber – Gomoluch – Herman)

K-M-B (Kopicera – Marx – Benigier)

M-B-M (Małnowicz – Benigier – Mikulski)

S-B-W (Szuster – Bąk – Warzycha)

Nagroda za sznupanie

Sznupanie w piwnicach ma sens, ale umówmy się, że ma to sens wówczas, kiedy dostajemy „cynk”, bez niego kopać mogemy do (bardzo długo)…

W tym wszystkim ważna jest też chęć. Pokazanie, że pamięć o wydarzeniach i ludziach da się uratować od zapomnienia. Czemu o tym wspominamy, bo:

Z wielką przyjemnością informujemy, że książka „Historia Ruchu. Lata 1920-1929. Tom I cz.1” została wybrana książką roku. Dziękujemy czytelnikom za oddane głosy.

Gratuluję wszystkim, którzy w nawet najmniejszym stopniu dołożyli cegiełkę do powstania tej książki. Bez sznupania i chęci nigdy by nie powstała. Gratuluję Andrzejowi, Damianowi i Piotrowi, którzy minuty, godziny, dni, tygodnie, miesiące swojej pracy poświęcili na jej powstanie.

Bo pamiętajcie wszyscy: MY SOM RUCH!

Mam 3 lata

Dzisiaj inaczej niż zwykle, bo też nie zawsze jest taka okazja. Dokładnie 3 lata temu zadebiutowała moja pierwsza książka o Ruchu Chorzów pt. „Niebieskie Majstry”. Z perspektywy tego czasu było to fantastyczne przetarcie przed kolejnymi projektami związanymi z historią Niebieskich. Z dobrych wieści – ciągle można ją kupić w punktach Ruchu. Złe wieści są takie, że książki pozostało mniej niż 100 sztuk i nie będzie dodruku. Książka miała różny odbiór. Dobry i zły. Jednym się podobała, innym nie. Ale jej cel był zupełnie inny. I moim zdaniem cel został w pełni osiągnięty.

Zdjęcie: Premiera książki 30.01.2018r. (foto: Tomek Stefanik)

Marzeniem byłoby dopisać kolejny rozdział. Mój bardzo dobry kolega, kibic Ruchu powiedział mi po premierze, że mój największy błąd w tej książce to tytuł 14. rozdziału. Jak spełni się marzenie, to zmienię tytuł – obiecuję!

 

Z Niebieskim pozdrowieniem,

Grzegorz Joszko

Wracamy na „Hasiok”

O historii pierwszego mistrzowskiego boiska Ruchu przeczytacie w książce o „Historii Ruchu Chorzów”. Można się zastanawiać, co się działo z tym miejscem po otwarciu nowego stadionu Niebieskich, ale o tym przeczytacie w drugiej części Historii (…).

My tym razem przy przedpołudniowej kawie oglądamy zdjęcie zrobione w 1960 roku w miejscu, gdzie znajdowało się boisko na Kalinie. Popularny „hasiok” w 1949 roku został zastąpiony pracowniczymi ogródkami działkowymi Huty Polska. I mamy nadzieję, że raczej rosły tam kwiatki niż marchewka czy pietruszka, bo ziemia znajdująca się w tym miejscu pewnie na długie lata nasiąknęła słynnym boiskowym popiołem zmieszanym z potem grających tam piłkarzy. Z drugiej strony ciekawe czy dzisiejsi właściciele ogródków mają świadomość, że w tym miejscu znajdowało się boisko Ruchu. Dzisiaj to „Rodzinne ogródki działkowe im. Kopalni Polska” czyli jednak pamięcią sięgają do początków ich założenia w latach 40.

Idea „działkowców” pojawiła się jednak dużo wcześniej, bo już w XIX wieku – jej twórcą był niemiecki lekarz Daniel Gottlob Moritz Schreber (stąd ogródki nazywano popularnie szreberowskimi/ schrebergarten). Pionierami tego ruchu na Górnym Śląsku byli działacze z Królewskiej Huty (dzisiaj Chorzów). Najstarsze, założone w 1905 r. i funkcjonujące do dzisiaj, to ogrody im. A. Czarneckiego.

Byliśmy parę lat temu na „Hasioku” na Kalinie i nie było czuć takiego klimatu jakbyśmy zwiedzali piękny historyczny zabytek. Ot fajne miejsce na relaks, wypoczynek, grilla i piwko. Ogródki działkowe. Taka jest ich funkcja i trudno wymagać, aby w powietrzu unosił się zapach piłki nożnej.

 

Autor: Grzegorz Joszko

Dopisana historia

My znowu przy kawie sięgamy po pudełko, w których znajdują się koperty ze zdjęciami archiwalnymi Ruchu Chorzów. Tym razem wyciągamy kopertę ze zdjęciami z napisem „juniorzy”. I musimy, po prostu musimy wam pokazać to zdjęcie z lat 50.

Ten bajtel, kery nie mioł swoich spodenek – dostoł je z Ruchu, żeby wystąpić na głównej płycie boiska. Myślicie, że przejmował się tym, że mioł je za wielkie?

Ruch Chorzów łączy pokolenia. Łączy ludzi i kultury. Na stadionie po zwycięstwach wszyscy cieszymy się tak samo, po porażkach ogarnia nas smutek. Nieznajomi stają się przyjaciółmi. Przyjaciele stają się rodziną. Ruch łączy. Łączy nas wierność naszym barwom. Bo czy jest jakiś ważniejszy kolor od niebieskiego i białego na stadionie?

To zdjęcie bajtla jest piękne w swojej prostocie. Myśmy tylko dopisali do tego historię.

Rodzina

Popołudniu przy kawie oglądamy stare zdjęcia Ruchu Chorzów. Koperta z napisem „rodzinne” budzi zdziwienie, bo dlaczego ktoś do archiwum klubowego dał zdjęcia spotkań całych rodzin. Przyglądamy się tym zdjęciom bardzo uważnie, niektóre twarze wydają się być znajome. Z tyłu data lekko nieczytelna, ale naszym zdaniem to sierpień 1952 roku. Wracamy do twarzy, rozpoznajemy Karola Dziwisza, Antoniego Rurańskiego oraz Józefów Wieczorka i Soboty. Nazwiska znane każdemu kibicowi Niebieskich. Możemy przypuszczać, że nieznane nam osoby to najbliższa rodzina. Niebieska rodzina połączona w latach 20. i 30 dwudziestego wieku.

(kliknij zdjęcie aby powiększyć)

Nasz klub wraca do korzeni i wraz z rozpoczęciem nowej setki klub otoczył się ludźmi, którzy znowu stanowią monolit, zespół w pełni zaangażowanych osób. I mam do was apel – zróbcie pamiątkowe zdjęcie i koniecznie je podpiszcie, bo za 100 lat ktoś będzie miał kłopot z rozszyfrowaniem tego obrazu. Słowo „rodzina”, a już „niebieska rodzina” kojarzyło się źle. Dzisiaj to sformułowanie znowu nabiera swojego znaczenia.

Wejście w nową setkę, to również nowe wyzwania. Każdy następny rok będzie trudniejszy. A stopień trudności będzie tylko większy, ale to jest Ruch Chorzów, niech nikt nie myśli, że będzie łatwo.

Gratulacje, ale

Dla piłkarzy Ruchu zakończyła się bardzo długa runda, gdzie dotarli do finału „stulatków”, finału regionalnych rozgrywek pucharu Polski oraz zajmują pierwsze miejsce w tabeli 3 ligi.

Fajnie. Bardzo udany okres. Najlepszy od kilku lat nawet na tym poziomie rozgrywkowym. I z tego naprawdę należy się cieszyć. Bez hurra optymizmu, ale z powodami do zadowolenia.

I oczywiście możemy pomarudzić, że tak naprawdę piłkarze niczego jeszcze nie osiągnęli, że w tabelce meczów z drużynami top 5, są ostatni. Trzy ostatnie mecze w ich wykonaniu były tak po ludzku nie do oglądania. I co z tego? Jest nam obojętne czy będą wygrywać 7:1 czy 1:0. W tym wszystkim nie liczą się żadne statystyki. Liczy się tylko jedna rzecz – awans.

Tym, co porównują obecną passę zwycięstw do serii trenerów Wyrobka czy Vicana, albo tym co mecz z rezerwami nazywają derbami proponujemy kąpiel w lodowatej wodzie, czas ochłonąć.

Gratulacje, ale.. jeszcze wszystko przed Wami. 50% wykonane. Do zobaczenia wiosną! Tak trzymać i zrobić drugie 50%.

Foto: Kosmodron

 

Autor: Semper Fidelis

1933

Ostatni mecz ligowy miał zdecydować o mistrzostwie Polski w 1933 roku. Żeby Ruch go zdobył musiał wygrać w Krakowie z popularnymi „Pasami”.

Klub wspólnie z Orbisem przygotował „Inwazję na Kraków”. Bilety na wyjazd kosztowały 4,50 zł tam i z powrotem wynajętym „pociągiem specjalnym”. Dodatkowo trzeba było zakupić bilet na mecz za 1zł. Pula 2 tysięcy biletów zostaje wykupiona bardzo szybko przez kibiców Niebieskich. Każdy chciał być świadkiem tej historycznej chwili, co ciekawe klub dla każdego kibica przygotował niebieskie wstążki (coś na kształt dzisiejszych szalików). Pociąg odjeżdżał ze stacji w Wielkich Hajdukach (dzisiejszy Chorzów Batory) o godzinie 8:40 i zatrzymywał się po drodze w Katowicach, Szopienicach i Mysłowicach.

12 listopada 1933 roku piłkarze Ruchu pojechali do Krakowa na mecz z Cracovią. Mecz sędziował jeden z najlepszych przedwojennych arbitrów Zygmunt Rosenfeld z Bielska.

Ruch wystąpił w składzie: Kurek – Wadas, Katzy, Zorzycki, Badura, K. Dziwisz, Urban, Giemsa, Peterek, Loewe, Wodarz. Liczba widzów w zależności od źródła prasowego wynosiła od 5 do 7 tysięcy. Na meczu byli również obecni kibice, piłkarze i Prezes Pogoni Lwów, którzy czekali na potknięcie hajduczan. Gra po obu stronach jest bardzo nerwowa.

0:1 (23 min.)

Dopiero 23 minuta przynosi rozstrzygnięcie, a mianowicie po wolnym bitym przez Badurę Loewe zmienia kierunek piłki uzyskując bramkę.

1:1 (69 min.)

Po pięknej kombinacji Chruściński – Ciszewski – ten ostatni posyła uliczką Malczyka, który przebija się przez obronę przerzucając sprytnie piłkę nad Kurkiem uzyskując wyrównującą bramkę.

2:1 (71 min.)

Teodor Peterek wspominając ten mecz mówił: Ten gol, zamiast nas załamać, tylko zdopingował nas do jeszcze większego wysiłku. Po centrze Urbana przedłużyłem piłkę do nieobstawionego Wodarza, który rąbnął lewą nogą na bramkę, lecz piłka zamiast do siatki, trafiła w słupek i potoczyła się w pole. Leżący na ziemi bramkarz nie zdążył piłki pochwycić, a nadbiegający Urban lekkim przerzutem zdobywa zwycięskiego gola.

„Przegląd Sportowy” relacjonował: „Trójka Dziwisz, Badura, Zarzycki prześcigała się w ofiarności, ambicji i niezmordowanej „harówce” przez 90 minut. Zawsze na miejscu paraliżowali każdą akcję przeciwnika, byli zawsze pod własną bramką, by w oka mgnieniu sunąć jakby cień za atakiem”

Od Szczakowej towarzyszyły im w pociągu tłumy kibiców, na każdej stacji gromadziły się niezliczone rzesze sympatyków, a w Hajdukach, gdzie dotarła dzięki radiowej transmisji szczęśliwa nowina, wokół dworca zebrały się niewidziane nigdy tłumy. Pochód piłkarzy przeszedł z dworca do szpitala, gdzie wręczono kwiaty unieruchomionemu Gwoździowi, a potem świętowano sportowe mistrzostwo nie do wyobrażenia – informowała Śląska prasa.

Teodor Peterek tak wspominał: „Począwszy od Mysłowic, na wszystkich stacjach, aż do Hajduk perony zapchane były ludźmi, którzy witali nas kwiatami i gratulacjami. W Hajdukach na dworcu oczekiwała nas prawie cała ludność z orkiestrą hutniczą na czele. Na prędce uformował się pochód, który wyruszył pod szpital hutniczy, pod którym urządzono owację przebywającemu tam Gwosdziowi. Następnie pochód przeszedł triumfalnie ulicami miejscowości do lokalu klubowego..