Noworoczna tradycja

Już w latach 30. narodziła się piękna sportowa tradycja rozgrywania meczów piłkarskich wraz z początkiem nowego roku. Rozpoczęło się to podczas wypadów na zagraniczne tournée, gdzie 1 stycznia były rozgrywane mecze towarzyskie Ruchu z niemieckimi drużynami.

Ruch Wielkie Hajduki kontynuował tradycję również w Polsce. W większości przypadków był to sąsiad zza miedzy z Lipin lub z Chorzowa. W 1938 roku przeciwnikiem hajduczan był ówczesny wicemistrz Polski AKS Chorzów. Mecz został zaplanowany na niedzielę 2 stycznia na godzinę 14:00. Niedzielny obiad i szpil w mroźne styczniowe popołudnie. Czysta przyjemność. Na trybunach zasiadło 5 tysięcy kibiców.

Było co oglądać. Pierwsi na boisko wybiegli goście – piłkarze AKS witani przez swoich kibiców w ustawieniu: Mrugała – Kinowski (Knas), Stolarczyk, Bendkowski, Kuchta (Kinowski), Skrzypiec, Tymosławski (Spodzieja), Wostal, Piontek, Pytel, Spodzieja (Marszel).

Jako drudzy przy aplauzie swoich sympatyków przywitali się na środku boiska piłkarze Ruchu: Brom – Czempisz, Giamza – Panchrsz (Mikunda), Nowakowski, Dziwisz – Przecherka, Skóra, Wilimowski,  Peterek, Wodarz.

Na termometrach minus 13°C, na boisku ponad 30 cm śniegu, ale to nie było żadną przeszkodą ani dla piłkarzy, ani dla kibiców. W pierwszych 10 minutach meczu padło aż 5 bramek. O pierwszym golu napisano:

Grę rozpoczął AKS. Już w trzeciej minucie Tymosławski świetnie puszczony przez Wostala znajduje się sam na sam z bramkarzem i z 15 mtr. zdobywa pierwszą bramkę.

Minutę później wyrównuje Teodor Peterek z rzutu karnego, chwilę później do pustej bramki nie trafił Leonard Piontek, nie myli się jednak Jerzy Wostal z AKS-u. Po bramce dla Zielonych Koniczynek następuje natychmiastowa odpowiedź Ruchu. Prasa napisała o kolejnych dwóch bramkach Wilimowskiego:

Po dwóch minutach następuje świetna kombinacja trójki środkowej Ruchu. Peterek oddaje ze środka boiska piłkę Skórze, a ten dalekim strzałem kieruje ją na bramkę. Do piłki dolatuje Wilimowski i głową przerzuca ją ponad wybiegającym bramkarzem, zdobywając bramkę. Za chwilę po takiej samej kombinacji pada jeszcze jedna bramka dla Ruchu.

Piłkarze zaczęli odczuwać zimno, więc i tempo gry siadło. AKS miał szansę wyrównać, ale piłkę zmierzającą do pustej bramki zatrzymała…górka śniegu. Może to Walter Brom budował jakąś śnieżną budowlę… Chwilę później Edmund Giemza, wyręczył bramkarza Niebieskich, który pośliznął się w polu karnym, a Giemza obronił głową z pustej bramki uderzenie Tymosławskiego. Koniec pierwszej połowy. Ruch prowadził 3:2. W drugiej połowie Niebiescy szaleją na całego, szczególnie popisową partię rozgrywał Ernest Wilimowski, który wprawiony graniem na lodzie (jako hokeista w Pogoni Katowice) czuł się na lodowym boisku jak przysłowiowa „ryba w wodzie”. Popularny „Ezi” strzela kolejne 3 bramki, szczególnie ta czwarta była niezwykłej urody. Można powiedzieć, że to bramka w stylu tego piłkarza, który uwielbiał doprowadzać do szału obrońców i bramkarzy drużyn przeciwnych. Prasa o niej napisała:

Wilimowski pokazuje teraz swoją świetną klasę. Otrzymuje na połowie boiska piłkę, mija pomoc, obronę i bramkarza, który pada mu pod nogi i spokojnie wbiega z piłką do bramki.

Do pustaka. Z uśmiechem na twarzy.

Mróz rozgrzał piłkarzy na końcówkę meczu. Po rzucie rożnym, po uderzeniu piłki głową swoją drugą bramkę strzelił Peterek. Dla
AKS-u bramki strzelają Marszel i Knas. Wynik byłby wyższy, ale Peterek nie strzelił karnego. Bramkarz AKS-u Mrugała nie pierwszy i nie ostatni raz obronił strzały wyborowego strzelca Ruchu z 11 metrów. Swoje szanse miał też Gerard Wodarz, ale wynik nie uległ już zmianie. Ostatecznie Ruch pokonuje AKS 7:4. Prasa podsumowała mecz i napisała: Mecz był ciekawy i szybki mimo dużego śniegu.

To było przyjemne niedzielne popołudnie. Trudno dociec, co było powodem sprzeczki, ale po meczu w pewnym momencie dochodzi do bójki pomiędzy sympatykami obu drużyn, która zakończyła to piękne niedzielne popołudnie. Zadowoleni, zmarznięci i niektórzy poobijani kibice mogli wrócić i ogrzać się w swoich domowych pieleszach. Dla Ruchu zapowiadał się dobry rok, zupełnie inaczej niż dzisiaj.

 

Autor: Grzegorz Joszko

Ezi

W tym roku, w czerwcu obchodzono 100. rocznicę urodzin jednego z najlepszych przedwojennych piłkarzy w historii polskiej piłki nożnej, a dokładnie 83 lata temu ważyły się losy najważniejszego transferu w historii Ruchu.

To wydarzenia ostatnich tygodni 1933 roku. W październiku tegoż roku reprezentacja Polski zagrała mecz z Czechosłowacją. Na to spotkanie zostali powołani Gerard Wodarz i Ewald Urban. Ruch Wielkie Hajduki przygotowywał się najważniejszego meczu sezonu. Wygrana z Cracovią dawała upragniony pierwszy tytuł mistrzowski w historii. Działacze Ruchu zaplanowali zatem rozegranie spotkania towarzyskiego aby lepiej przygotować się do mistrzowskiego finiszu.

15 października 1933 roku na słynnym hasioku, czyli pierwszym mistrzowskim boisku Ruchu położonym przy ulicy Kaliny odbył się mecz z reprezentacją Śląska. Piłkarze Niebieskich byli w świetnej formie i pokonali swoich przeciwników w stosunku 7:2. W prasie można było przeczytać:

Bohaterem dnia był Peterek, nie tylko dlatego, że swojemi „bombami” zdobył cztery bardzo ładne bramki, ale przedewszystkiem dlatego, że wykazał specjalnie wysoką klasę, jako kierownik ataku, nadając całości bardzo ładny obraz.

W reprezentacji Śląska na lewym łączniku zagrał 17-latek, piłkarz 1.FC Katowice Ernest „Ezi” Wilimowski, który raz za razem ogrywał piłkarzy Ruchu. Reszta to przypuszczenia, ale to był jedyny mecz w tym czasie w Wielkich Hajdukach, w którym zagrał Wilimowski przeciwko Niebieskim i to najprawdopodobniej wtedy zwrócił na siebie szczególną uwagę rudowłosy małolat. Choć już wcześniej w prasie zachwycano się jego postawą w meczach katowickiej drużyny, więc to nie było żadne odkrycie. Teodor Peterek w swoich wspomnieniach tak mówił o transferze Wilimowskiego:

Było to 25 grudnia 1933, graliśmy towarzyski mecz z 1.FC Katowice. W zespole katowickim na lewym skrzydle zaimponował nam rudowłosy 16-latek. Strzelił nam 2 bramki i był motorem wszystkich akcji napadu 1.FC, tak, że z trudem zremisowaliśmy 4:4 (…)

Niestety mecz, o którym wspominał Peterek nie miał miejsca. Owszem było spotkanie, które zakończyło się wynikiem 4:4 i owszem bramki strzelał w nim Wilimowski w barwach 1.FC, ale przeciwnikiem były Azoty Chorzów i mecz miał miejsce 19 listopada. 25 grudnia Wilimowski zamiast grać w piłkę miał ubrane łyżwy i grał w hokeja w barwach Pogoni Katowice. Wątpliwe jednak, aby na lodowisku ktoś z Ruchu go obserwował. Wychodzi na to, że już w październiku „Ezi” wpadł w oko działaczom Ruchu i to jeszcze przed zdobyciem pierwszego tytułu mistrza Polski. Myślę, że Wilimowski chciał grać w mistrzowskiej ekipie i to go przede wszystkim skusiło do zmiany barw klubowych. Przecież 1.FC Katowice wcale nie chciał oddać swojego piłkarza.

W okresie pomiędzy świętami Bożego Narodzenia i Nowym Rokiem Ruch rozegrał 4 towarzyskie spotkania:

K.S. 20 Bogucice – Ruch 5:2

Ruch – Załęże 06 3:3

Ruch – Słowian Bogucice 10:0

Azoty Chorzów – Ruch 3:4

Najprawdopodobniej w tym ostatnim spotkaniu zadebiutował Ernest Wilimowski w barwach Ruchu, mecz odbył się w Sylwestra. To wtedy ubrał niebieską koszulkę po raz pierwszy. Reakcja jego poprzedniego klubu była natychmiastowa. Działacze 1.FC złożyli skargę do Śląskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej, że Wilimowski gra dla hajduckiego Ruchu.

6 stycznia 1934 roku odbył się mecz pomiędzy Naprzodem Lipiny (ówczesny mistrz Śląska) oraz Ruchem. Niebiescy przegrali ten mecz 3:4 i był to drugi mecz w barwach Ruchu nowego lewego łącznika.

Taka była odpowiedź Ruchu na zażalenie 1.FC, stosunki pomiędzy obiema drużynami były mocno napięte. Ponowna skarga 1.FC i odpowiedź władz klubowych: 4 miesięcy zawieszenia dla Wilimowskiego za reprezentowanie Ruchu. Kluby ostatecznie dogadują się między sobą. „Ezi” będzie brakującym ogniwem mistrzowskiej ekipy, który będzie panować do 1939 roku.

W 1939 roku na pierwszym treningu Ruchu pojawiło się 31 piłkarzy. W sumie Ruch posiadał 7 kompletnych drużyn, począwszy od pierwszej drużyny do drużyn juniorskich. Za drużyną stał piękny, nowoczesny stadion – największy w lidze. Za drużyną stały duże pieniądze z Huty Batory. Tysiące kibiców. Klub był najbardziej utytułowaną i najbogatszą drużyną w Polsce. Nie dajcie się zwodzić, że Ruch był zawsze biedny. To mit. W latach 30. rządził kolor niebieski. Najbardziej tragicznym wydarzeniem w historii klubu była data wybuchu II wojny światowej, gdyby nie ona dzisiaj klub byłby zupełnie w innym miejscu. Nie czarujmy się jednak, ale Ruch był za mały dla Ernesta Wilimowskiego i jego odejście z Chorzowa było kwestią czasu. Kierunek był oczywisty – Europa… Niestety, ale wydarzenia z września 1939 roku tylko to odejście przypieczętowały.

Autor: Grzegorz Joszko

Pstryczek w nos

O wstydzie, zegarze, czerwonej kartce i koszulkach z niebieskim pasem. Oto opowieść o wydarzeniach, które rozpoczęły się dokładnie 47 lat temu.

Amsterdam

19 listopada 1969 roku odbyła się druga runda pucharu Miast Targowych (dzisiaj UEFA). Drużyna Ruchu na tym etapie wylosowała holenderski Ajax. Ekipa ta była naszpikowana gwiazdami futbolu z Johanem Cruyffem i Peterem Keizerem na czele. To był absolutny europejski top 5. Do Amsterdamu zostali wysłani działacze Ruchu: Antoni Krawczyk i Alojzy Dzielong aby obserwować poczynania holenderskiej drużyny. Trener Ruchu Jerzy Nikiel zastanawiał się jak powstrzymać atak Ajaxu. Wszystko wyglądało na dobrze przygotowane, drużyna chorzowska była w formie, zajmowała pierwsze miejsce w tabeli ligowej i miała naprawdę bardzo dobry okres za sobą. Wszystko wyglądało dobrze do momentu pierwszego gwizdka na boisku Ajaxu.

Przed meczem dochodzi w polskiej ambasadzie do wymiany prezentów. Działacze Ruchu przekazują specjalnie zamówiony w hucie szkła kryształ wielkości człowieka, w zamian otrzymują piękny zegar, niestety jak wiele pamiątek Ruchu i ten przepadł bez śladu. Joachimowi Marxowi w pamięci utkwiły jednak pamiątki osobiste. Na życzenie Holendrów, zabraliśmy dla nich z kraju kryształy. Oni z kolei na pomeczowym bankiecie w urzędzie miasta wręczyli nam bezprzewodowe maszynki do golenia Philipsa. To był prawdziwy hit! – mówił na łamach katowickiego „Sportu” w 2015 roku.

Piłkarzy Ruchu w Holandii zaskoczyły przygotowania do święta obchodów Sinterklaasa (to główna postać i jednocześnie nazwa święta dla dzieci, które jest obchodzone w Holandii w wigilię urodzin Mikołaja, czyli 5 grudnia). Piłkarze Ajaxu popularni „Godenzonen” (Synowie Bogów) przygotowali worek z prezentami (golami) dla piłkarzy Ruchu. Początek meczu rozpoczął się jednak od ataku Ruchu, kiedy Eugeniusz Faber był bliski zdobycia bramki, ale ta sytuacja jakby rozdrażniła piłkarzy rodem z Amsterdamu. Pierwsza bramka stracona w 42 minucie rozwiązała worek Sinterklaasa, druga minutę później. Do przerwy 0:2. W drugiej części meczu 0:3 (56 minuta), 0:4 (63 minuta), 0:5 (70 minuta), 0:6 (76 minuta), 0:7 (80 minuta). W worku na szczęście zmieściło się tylko 7 piłek.

Do 43. minuty wszystko wyglądało dobrze. Wtedy straciliśmy pierwszego gola. Wcześniej mieliśmy dwie bardzo dobre okazje. Gdyby Joachim Marx i Eugeniusz Faber je wykorzystali, mecz pewnie wyglądałby zupełnie inaczej. Przed przerwą Ajax zdobył jeszcze jedną bramkę i było już właściwie po spotkaniu. Tym bardziej, że zaczęliśmy się niepotrzebnie spinać i popełniać proste błędy – opowiadał w 2015 roku na łamach „Przeglądu Sportowego” Antoni Piechniczek .

Niemoc. Pogrom. Klęska. Tego naporu nie była w stanie przyjąć na swoje barki obrona Ruchu popełniając błąd za błędem. Ta koszmarna porażka przeszła do historii Ruchu, jako najwyższa w rozgrywkach pucharowych. Zabolało, to był sporych rozmiarów pstryczek w nos. Drwin nie było końca, jedna z najgorszych docinek brzmiała: „Najlepszy proszek do prania niebieskiego to Ajax”, innym równie bolesnym był tekst: „Bana do Chorzowa to siódemka”.

Prasa śląska napisała:

Załamani i zrezygnowani piłkarze chorzowscy stanowili w tym okresie tylko blade tło (…) Ruch doznał w Amsterdamie jednej z najbardziej dotkliwych porażek w swojej bogatej karierze (…) Klęska Ruchu z Ajaxem w Amsterdamie zaszokowała opinię sportową w kraju. Zaszokowała do tego stopnia, że wielu entuzjastów piłki machnęło lekceważąco ręką na rewizytę holendrów w Chorzowie.

W prasie holenderskiej można było przeczytać: Rewanż w Chorzowie to tylko formalność, która niestety kosztuje i zabiera czas.

Obie drużyny wystąpiły w składach:

Ajax: Bals – Suurbier, Hulshoff, Vasović, Krol, Swart, Rijnders, Muhren, Cruyff, Van Dijk, Keizer

Ruch – Pietrek, Piechniczek, Nieroba, Wyrobek, Bem, Gomoluch, Maszczyk, Bula, Marx, Herman, Faber

Rewanż to była tylko formalność. Ruch walczył jednak o coś innego, o ratowanie swojego nadszarpniętego wizerunku. W prasie można było przeczytać: Na częściową choćby rehabilitację Ruchu czekają poza tym wszyscy jego zwolennicy. Wymaga tego pozycja, jaką chorzowianie zajmują w polskim piłkarstwie. Porażka to niby tylko strata punktów czy brak awansu do dalszej rundy, ale trzeba też umieć spojrzeć w lustro…

Przecież ci piłkarze, którzy przegrali z Ajaxem to jedni z najlepszych zawodników w historii chorzowskiego klubu, każdy z nich zapisał złote litery w annałach klubowych. A jednak dostali nieziemski łomot.

Chorzów

tytul

Piłkarze Ajaxu przylecieli do Polski już w poniedziałek, dwa dni przed meczem aby przygotować się w spokoju do rewanżu. Ich bazą był Dom Kawalera, pałac z XIX wieku w Świerklańcu, gdzie chwilę wcześniej stacjonowała reprezentacja Holandii przed spotkaniem z reprezentacją Polski na Stadionie Śląskim. Ajax zrezygnował z treningu na stadionie Ruchu, piłkarze przyjechali tylko przed meczem sprawdzić murawę. A ta nie była w najlepszym stanie, bo woda zalegała na boisku (dzień wcześniej spadł śnieg). Piłkarze holenderscy wyluzowani w wolnym czasie wybrali się na spacer ścieżkami WPKiW (Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku) i przygotowywali się do rewanżu.

Na rewanż wybrało się około 10 tysięcy kibiców (w prasie holenderskiej liczba wynosiła 25 tysięcy), którzy mogli zobaczyć Ajax w akcji. Wymowny był tekst w prasie:

Grali jak chcieli i gdzie chcieli

Ruch poniósł porażkę 1:2. Honorową bramkę w tym dwumeczu strzelił Antoni Piechniczek. Choć jak twierdzili piłkarze Ajaxu z metrowego spalonego. Mocno w prasie dostało się defensywie chorzowian: Po meczu w Chorzowie otrzymaliśmy odpowiedź na pytanie jak mogło dojść do pogromu w Amsterdamie. To co wyprawiają defensorzy niebieskich może przyprawić człowieka o udar serca. Interwencje Piechniczka, Nieroby, Bema były spóźnione, niepewne. Tyle o obronie, wcale lepiej nie zagrał atak. Gdyby Edward Herman zachował trochę zimnej krwi, ustrzeliłby co najmniej hat-tricka. Niezadowolenie kibiców sięgało zenitu, tym bardziej, że drugą bramkę Ruch stracił w doliczonym czasie gry, grając już wtedy z przewagą jednego zawodnika.

W tym meczu nie popisał się również Johan Cruyff, ukarany czerwoną kartką za kopnięcie bez piłki Jerzego Wyrobka w 70 minucie meczu.

To był ordynarny faul bez piłki, za który nie mogło być innej kary niż wykluczenie z gry. Cruyff potem sam symulował kontuzję. Szkoda, że spiker nie poinformował, że usunąłem go z boiska – wspominał na łamach polskiej prasy sędzia meczu Czomakow.

Cruyff utykając usiadł na ławce, a trener szykował za niego zmianę. Bułgarski sędzia podszedł do ławki i nakazał opuszczenie boiska Cruyffowi. Ostro protestowali piłkarze i trener Ajaxu, a po meczu w dyskusję z bułgarskim sędzią wdał się prezes Ajaxu Jaap van Praag. Sędzia Czomakow podobno wtedy stwierdził, że nie widział faulu, ale bardzo przekonywali go do niego piłkarze Ruchu.

Odpadnięcie z Ajaxem w zasadzie przesądziło o zwolnieniu trenera Nikiela, to on zapłacił za wstydliwą porażkę Niebieskich.

Koszulki

Któż nie widział tych wyjątkowych koszulek z niebieskim pasem pośrodku, bardzo podobnych do koszulek w jakich grał Ajax. W katowickim „Sporcie” w 2015 roku Antoni Piechniczek opowiadał: Działacze Ajaksu przekazali chorzowskiemu klubowi komplet strojów stylizowanych na wzór tych, w których grała drużyna z Amsterdamu. Różnica była tylko taka, że zamiast czerwonego pasa na środku koszulki był niebieski. Joachim Marx wspominał na łamach tego samego sportowego dziennika: Działacz Ruchu, Alojzy Dzielong, miał w Holandii kontakty sprzed lat, z czasów uczestnictwa drużyny juniorów w turnieju młodzieżowym. Dzięki temu udało mu się nabyć dla drużyny piękne stroje meczowe, na wzór tych, w których grali amsterdamczycy.

Tylko szeroki pas był nie czerwony, a niebieski. Ze względu na podobieństwo do oryginału, nazywane były przy Cichej „ajaksami”.

Wersja Marxa jest bliższa prawdy, a wyjaśnia to poniższe zdjęcie. Pierwszy z lewej stoi ówczesny trener Teodor Wieczorek, który przestał być szkoleniowcem zespołu pół roku wcześniej przed meczem z Ajaxem.

img126

Morał

Kibice Ruchu po meczach z Ajaxem pocieszali się, że będzie lepiej, mieli nadzieję, że w końcu zaświeci się światełko w tunelu i nie będzie to światło nadjeżdżającego pociągu. Niby ta historia tak daleka, a jednak tak bliska ciału. Wtedy za porażkę zapłacił trener. Kibice mają prawo czuć zwątpienie, nie różnią się od tych kibiców z 1929, 1969 czy 1987 roku. O obecnym tysiącleciu nie wspominając, bo dzisiaj mamy do czynienia z sytuacją niespotykaną nigdy w historii. Na naszych własnych oczach widzimy jak za fatalne wyniki drużyny, za najwyższą porażkę na Cichej, jeden z głównych architektów tego boiskowego marazmu w nagrodę dostaje nowy kontrakt. Sytuacja niespotykana w polskich realiach klubowej piłki nożnej, niespotykana w historii Ruchu. To taki pstryczek w nos, nie wiadomo tylko w czyj…

Autor: Grzegorz Joszko

Dla mnie bomba

Nie wiem czy wypada mi napisać cokolwiek na ten temat, więc akapitów tylko kilka.

I tak zamierzałem kupić, ale „smaka” zrobił mi Paweł Czado, najpierw kiedy z nim rozmawiałem i później kiedy przeczytałem jego recenzję książki wydawnictwa GiA pod tytułem „MISTRZOSTWA POLSKI. STULECIE TOM 1 (1918-1939)”. Kiedy książka do mnie dotarła czułem się tak, jakby bomba wpadła do mojego mieszkania i wywróciła wszystko do góry nogami. Dokonała wielkiego spustoszenia w mojej głowie. Tej encyklopedii się nie czyta, ją się pochłania wraz z zapachem historii, która jest w niej zawarta. Jestem pewien, że książka urzeknie każdego kto sięgnie po tę pozycję. Pozycja obowiązkowa i to nie na jeden dzień. To jest dzieło na miesiące czytania i analizowania. Duże brawa dla autorów!

Informacje zawarte w książce zmieniają bieg wydarzeń historii Ruchu. I dla mnie i dla klubu, ale również dla historii rozgrywek ligowych. Poniżej o trzech przykładach:

Po pierwsze okazuje się, że najstarszym przedwojennym żyjącym piłkarzem w barwach Ruchu jest Paweł Skóra, środkowy napastnik z którym w 1939 roku kierownictwo klubu wiązało bardzo duże nadzieje. Miał pecha, bo grał w sezonach, w których Ruch nie zdobył tytułu mistrza Polski. Jeszcze nie zdążyłem tego przeanalizować, ale to chyba jedyny obecnie żyjący piłkarz, który w tym okresie strzelił bramkę.

skora

Po drugie, zawsze sądziłem, że przydomek „Owens” nosił Władysław Słota, ale teraz już wiem, że nie…

Po trzecie. Ernest Wilimowski. Autorzy encyklopedii dotarli do nowych źródeł i zmienili mu liczbę bramek, które strzelił w niebieskich barwach. Liczba ta powiększyła się ze 112 bramek do 117. Zmiana ta ma poważne konsekwencje dla innego gracza Ruchu Teodora Peterka, ale i dla tabeli królów strzelców. Okazuje się, że w 1938 roku Wilimowski strzelił 21 bramek i został królem strzelców wspólnie z Peterkiem (21 bramek). Gdyby „Teo” się dowiedział, że znowu „Ezi” go dogonił…

Pan Andrzej Gowarzewski mocno rozprawia się również z byłym prezesem Ruchu Panem Dariuszem Smagorowiczem. Jest ostro, nawet pikantnie – ale niezwykle trafnie.

Znajdą się pewnie tacy, którzy książkę będą analizować aby wytknąć autorom błędy. Owszem i mi takowe rzuciły się w oczy, ale przy takiej zawartości i tylu informacjach, nie sposób uniknąć chochlików. Wartość tej książki i tak pozostaje niezmienna. „Libri amici, libri magistra” ta encyklopedia powinna stanowić podstawę programową przedmiotu „Historia Sportu”.

Autor: Grzegorz Joszko

Źródło: Andrzej Gowarzewski „Encyklopedia piłkarska Fuji tom 51” Mistrzostwa Polski – Ludzie 1918-1939. 100 lat prawdziwej historii. Wydawnictwo GiA, Katowice 2017

Zderzenie czołowe

Polska Zjednoczona Partia Robotnicza miała doniosłe pomysły rodem z ZSRR, zmiany nazw miejscowości czy ulic stały się powszechne. W końcu dostało się również klubom sportowym. Mimo zdecydowanych sprzeciwów przedwojennych graczy Niebieskich, którzy korko-trampki zamienili na eleganckie buty do garniturów przez okres 6 lat Ruch Chorzów zmienił nazwę na KS Unia, a herb z R-ką na coś, co miało przypominać herb klubu sportowego. Władze komunistyczne miały również swój plan, co do stadionu. Otóż postanowiły go rozbudować do absurdalnych rozmiarów, tak aby mogły na nim odbywać się niekoniecznie zawody piłkarskie. Gigant został wybudowany w Chorzowie, ale na szczęście dla Ruchu powstał od nowa i nazwano go Stadionem Śląskim. Tak więc na ówczesnym stadionie K.S. Unii Chorzów odbył się propagandowy, towarzyski mecz mający na celu pobieranie nauk od naszych pseudo przyjaciół z kraju Rad. Do Polski przyjechała wtedy radziecka drużyna Dynama Kijów. Oto historia jednego meczu, który odbył się 1 listopada 1954 roku, dokładnie 62 lata temu.

Bilety na mecz były sprzedawane w przedsprzedaży i zostało ich kupionych aż 48 tysięcy. Ci, którzy nie mogli zobaczyć tego meczu mieli okazję posłuchać relacji radiowej z całego spotkania. Transmisja rozpoczęła się o godzinie 14:00, dokładnie kiedy piłka została kopnięta po raz pierwszy na środku boiska.

Na murawie chorzowskiego stadionu dominowały cztery kolory: niebieski, biały, czerwony i żółty. W strojach niebiesko-białych wystąpiła drużyna Dynamo Kijów, w czerwono – białych Ruch (Unia) Chorzów, a żółtego koloru była piłka. To nie był pierwszy, ani ostatni raz kiedy piłkarze chorzowscy wystąpili w koszulkach tego koloru, ale to zupełnie inna historia. Piłkarze obu drużyn zameldowali się na murawie 30 minut przed rozpoczęciem meczu, aby wysłuchać przemówień o więzach przyjaźni łączących naród polski z narodem ZSRR. Więzy z drutu kolczastego…

Skupiając swoją uwagę na relacji prasowej nie można wyjść z podziwu dla niezwykłego pióra prasowego dziennikarza relacjonującego te spotkanie. Gdyby nie wynik, to w zasadzie Dynamo Kijów w każdym aspekcie było lepsze. Dosłownie w każdym. Na całe szczęście pozostawiono opisy zdobytych przez chorzowian bramek.

Bramka nr 1: „W 30 minucie okrzyk radości zatrząsł stadionem: ostry strzał Alszera przejął na głowę Pohl i nieuchronnie umieścił piłkę w siatce Dynama”.

Bramka nr 2: „57 minuta przynosi drugą, piękną bramkę zdobytą przez Cieślika płaskim szczurem w lewy róg”.

Bramka nr 3: „Po skrzydle uciekł Cieślik, zcentrował do środka, gdzie idealnie wszedł w piłkę Suszczyk zdobywając bramkę z odległości 25 metrów”.

Bramka nr 4: „Z dogodnej pozycji oddaje strzał Cieślik, odparowany jednak przez Makarowa, jednak dobitka Alszera grzęźnie w siatce”.

Bramka nr 5: „W 88 minucie jeden z błędów Gołubiewa wykorzystuje Pohl posyłając piłkę do Cieślika, no i reszta była formalnością…”

Bez tytułu

Pięć do zera. Ruch 5 – Dynamo 0. To, co działo się na trybunach przechodziło ludzkie pojęcie, to był szał szczęścia i radości. Przez te 90 minut kibice czuli się oswobodzeni. Ślązacy nigdy nie zapomnieli tego, co zrobili żołnierze Związku Radzieckiego w 1945 roku.

Inny dziennikarz usiłował w swojej relacji znaleźć odpowiedzi na kilka pytań. Przede wszystkim pisał:
To niewątpliwie niespodzianka. Któż mógł bowiem przed meczem przypuszczać, że jedenastka zdobywcy Pucharu ZSRR zejdzie z chorzowskiego boiska z bagażem aż 5 bramek, nie przeciwstawiając ani jednej.

Jeszcze inny dziennikarz twierdził, że piłkarze Ruchu mieli po prostu dużo szczęścia w tym meczu, a wszystko przez to, że jako pierwsi wygrali losowanie sędziowskie i wybrali prawą stronę boiska (patrząc od trybuny głównej). Ten sam pismak przeszedł samego siebie twierdząc, że:
Skuteczność gry Unii polegała na tym, że jeden daleki szybki przerzut do Cieślika czy Alszera powodował natychmiast więcej zamieszania pod bramką Makarowa, niż kilkuminutowe ataki napadu gości.

Ot i cała tajemnica tego zwycięstwa. Relacje prasowe przekonywały, że to zwycięstwo to zwykły przypadek.

Mecz prowadził czechosłowacki arbiter Vrbovec, który mówił po meczu:
Mecz chorzowski był bardzo dobry, Unia zagrała dobrze we wszystkich liniach zaskakując defensywę Dynamo szybkością podań oraz błyskawicznymi zagraniami pary Cieślik-Alszer. Obaj ci gracze wznieśli się na wysoki poziom i w mojej opinii zasługują na wysoką ocenę.

Po meczu przed szatnią chorzowskiej drużyny stał „zawodowy kibic”, który każdemu piłkarzowi wchodzącemu do szatni z osobna potrząsał dłoń w geście gratulacyjnym, a piłkarze emanowali radością z tego sukcesu.

Trener drużyny z Kijowa Oszewko wyraził swoją opinię pomeczową: „Muszę stwierdzić, że bardzo nam żal śląskiej publiczności: górników i hutników, że nie pokazaliśmy im piłki nożnej w takim wydaniu, na jaki stać moich chłopców”. Smutek ogarnął kibiców, to pewne…

Obie drużyny wystąpiły w składach:
Ruch: Wyrobek, Gebur, Bartyla, Bomba, Suszczuk, Siekiera, Pohl, Tim, Alszer, Cieślik, Bochenek (Michałek).
Dynamo: Makarow, Ławrionow, Gołubiew, Popowicz, Kolcow, Michalina, Gramatikopulo (Bogdanowicz), Korotkow (Terientew), Koman (Zazrojew), Bogdanowicz (Koman), Fomin

To było jak zderzenie czołowe, z którego zwycięsko wyszła tylko jedna drużyna pozbawiając złudzeń drugą. Niebiescy roznieśli drużynę Dynama. W ogólnym rozrachunku smutny to był jednak sezon ligowy w 1954 roku dla chorzowian, w ostatnim meczu ligowym z Gwardią Warszawa Ruch zremisował 1:1 i stracił tytuł mistrzowski, który mu się po prostu należał. Tym razem zebrani kibice, a na meczu było ich ponad 35 tysięcy naprawdę smuciło się niebywale. Czy wspaniałe zwycięstwo z radziecką drużyną wpłynęło na postawę piłkarzy Gwardii? Jedno jest pewne, tytuł mistrzowski przepadł…

 

PozdRawiam