Liga rządzi. Pierwszy mecz, pierwsze ligowe derby

Czy to był może zbieg okoliczności czy może od dawien dawna zaplanowana akcja wymierzona przeciwko PZPN? 90 lat temu rozpoczęły się po raz pierwszy w historii rozgrywki ligowe, których Ruch był jednym z trzynastu założycieli i od początku jego istnienia istotną częścią. Oto krótka historia tamtych wydarzeń.

Zanim liga rozpoczęła swoje podboje w grudniu 1926 roku, w Warszawie odbyła się konferencja, podczas której podjęto decyzję o powołaniu ligi polskiej. Na zaproszenie Pogoni Lwów, Polonii Warszawa oraz Wisły Kraków, która była inicjatorem tego spotkania, zjechało do Warszawy 12 delegatów na 14 zaproszonych, zabrakło przedstawiciela Ruchu oraz Cracovii. W trakcie tej konferencji ustalono, że liga będzie liczyć 14 drużyn. Do tych drużyn należały: Polonia Warszawa, Legia, Warszawianka, ŁKS, TKS Toruń, Turyści Łódź, Warta Poznań, 1.FC Katowice, Ruch Wielkie Hajduki, Wisła Kraków, Czarni Lwów, Hasmonea Lwów, Pogoń Lwów (późniejsi założyciele ligi) oraz Cracovia, która ostatecznie nie przystąpiła do rebelii przeciwko PZPN. Zastąpiła ją ostatecznie Jutrzenka Kraków, choć pojawiały się też propozycje innych klubów. Dlaczego drużyna Ruchu znalazła się wśród tej czternastki? Niebiescy byli najlepszą ekipą na Górnym Śląsku w 1926 roku stąd to zaproszenie do grona najlepszych, a ci najlepsi nazwali siebie „Zrzeszeniem Czołowych Klubów klasy A”. Ruch, mimo że nie uczestniczył w pierwszym spotkaniu, przyjął jej założenia.

Działacze Niebieskich długo walczyli z myślami, czy przystąpić do ligi. Podczas drugiej konferencji nowych „ligowców”, która odbyła się 6 stycznia 1927 roku (ważniejsza od pierwszej, bo założycielska) w Krakowie, przedstawiciel Ruchu p. Solik (był w zarządzie klubu skarbnikiem) zadeklarował chęć powołania i przystąpienia do nowo zorganizowanej ligi polskiej (formalne przystąpienie nastąpiło podczas walnego zgromadzenia Ruchu w dniu 14.03.1927 roku) pod nazwą „Polska Liga Piłki Nożnej”. To podczas tej właśnie konferencji ukształtowała się wstępna struktura funkcjonowania nowego organu „Ligi” i ustalono terminarz rozgrywek. Drużyna Ruchu miała się spotkać w pierwszym meczu w dniu 3 kwietnia 1927 roku z 1.FC Katowice. W styczniowym spotkaniu wzięło udział 11 delegatów na 14 zaproszonych (Cracovia odmówiła twierdząc, że liga nie przyczyni się do rozwoju piłkarstwa, a także TKS Toruń oraz Turyści Łódź, ale działacze tych drużyn przekazali swoje uprawnienia innych przedstawicielom). Ostatecznie 13 klubów piłkarskich zadecydowało o losach polskiej klubowej piłki nożnej.

W dniach 26-28 lutego 1927 odbyło się w Krakowie walne zgromadzenie PZPN, które jednoznacznie opowiedziało się przeciwko powołaniu nowych rozgrywek ligowych. Na co kluby piłkarskie, które opowiedziały się za ligą, wystąpiły ze struktur PZPN. Kluby te obradowały równolegle do obrad PZPN, podczas nich organ „Ligi” na swoją siedzibę wybrał Warszawę i swoje pierwsze władze podczas spotkania. Delegatem z ramienia Ruchu był jej prezes Jan Gattler.

Ruch znalazł się zatem wśród założycieli ligi, czy się to komuś dzisiaj podoba czy nie. I w chwili obecnej obok Wisły i Legii reprezentuje na najwyższym szczeblu rozgrywkowym twórców ligi piłkarskiej z 1927 roku.

Część dzienników prasowych zalecała bojkotowanie meczów ligowych, ale jak to często z bojkotami bywa, było wręcz odwrotnie. I tak wielkimi krokami zbliżał się pierwszy mecz ligowy w wykonaniu Ruchu Wielkie Hajduki. W prasie tak zapowiadano to wydarzenie:

O godzinie 15-tej ciekawy mecz footbalowy między najlepszymi drużynami footbalowemi Śląska. Drużyna gospodarzy zmierzy się z mistrzowską drużyną K.S. „Ruch” z Hajduk Wielkich. Obie drużyny rywalizują już od kilku lat. Tym razem walczą po raz pierwszy o mistrzostwo Polski (…)

Na boisku 1.FC Katowice zalegały resztki lodu, stąd początkowe fragmenty meczu przypominały bardziej mecz hokejowy niż piłkarski. Pierwszą połowę Niebiescy grali pod wiatr, co dodatkowo przeszkadzało im w grze. Ruch przegrał pierwszy mecz 0:7, do przerwy przegrywając 0:2. Na trybunach zasiadło ponad 7 tysięcy kibiców (wg „Przeglądu Sportowego” 4 tysiące).

Stadion 1.FC Katowice dzisiaj – to tutaj Ruch rozegrał swój pierwszy mecz ligowy.

Prasa o meczu napisała:

Wynik powyższy nie jest właściwym probierzem sił obu drużyn, a tylko przypadek przyczynił się do tak wysokiej porażki „Ruchu” (…) W drugiej połowie prześladuje bramkarza „Ruchu” fatalny „pech” (…) Bądź co bądź obie drużyny pokazały bardzo ładną grę, bez jakichkolwiek zgrzytów brutalności (…) Najlepszym graczem na boisku był Goerlitz II w bramce 1.FC.

Obie drużyny wystąpiły w następujących składach (zachowano oryginalną pisownię z prasy):

Ruch: Kremer – Kuc, Kusz – Badura, Gonsior, Kacy – Kałuża, Czernikowski, Loewe, Sobota, Frost.

1.FC: Goerlitz II – Wieczorek, Zaft – Bischoff, Tichauer, Wyleżoł – Joschke, Kosok II, Dittmer, Goerlitz I, Kosok.

Rozbieżności pojawiają się przy gospodarzu spotkania. „Monografia 75 lat Niebieskich” wydawnictwa GiA podaje, że to Ruch był gospodarzem meczu w Katowicach, natomiast tygodnik „Stadjon” oraz „Encyklopedia ekstraklasy”, że to 1.FC był gospodarzem tego meczu.

Początek ligowy nie był dobry, ale wraz z upływem lat klub stał się prawdziwą legendą ligi piłkarskiej. Mimo wielu obaw ówczesnych działaczy, czy klub podoła wymaganiom ligi, udało się przezwyciężyć trudny okres. Ta strategiczna decyzja przystąpienia do ligi była jednym z najważniejszych momentów w historii hajduckiego Ruchu. Dzisiaj na siłę wiele osób umniejsza nasz wkład w historię polskiego piłkarstwa, ale najgłośniej krzyczą ci o których 90. lat temu nikt nie słyszał. Przypadek?

Autor: Grzegorz Joszko

Z cyklu wasze historie: Wizyta Ruchu w Nowej Rudzie

Od redakcji: Dla kibiców Ruchu Chorzów pobyt w II lidze w 1988 roku był czymś zupełnie nowym, czymś z czym nie mieli do tej pory do czynienia. Awans został wywalczony zgodnie z oczekiwaniami chorzowskich sympatyków. Jednym z głównych przeciwników Niebieskich w tym sezonie była drużyna Piasta Nowa Ruda. Historia spotkań pomiędzy tymi drużynami była wielkim II ligowym wydarzeniem. Z tej okazji z wielką przyjemnością przedstawiamy Wam tekst Sebastiana Piątkowskiego, który opowiedział ją z punktu widzenia kibica Piasta.

 

 

Zbliżające się 70-lecie „Piasta” Nowa Ruda skłania do różnorakich refleksji i podsumowań. Dzięki uprzejmości serwisu historiaruchu.pl otrzymałem możliwość podzielenia się z kibicami Niebieskich wrażeniami sprzed niemal 30 lat i potyczki noworudzkiego Piasta z Ruchem w roku 1988.

Sezon 1987/88 i nieudane podejście do Ekstraklasy zakończone porażką w barażowych grach z GKS-em Jastrzębie zapisał się złotymi zgłoskami w dziejach Nowej Rudy. Noworudzcy kibice wciąż z nostalgią wracają do potyczek z bytomską Polonią, bydgoskim Zawiszą, Piastem Gliwice, czy Odrą Wodzisław. Wspomnienia o bezprecedensowej szansie promocji do Ekstraklasy są wciąż żywe i w kontekście kolejnych degradacji do niższych klas rozgrywkowych, stanowią pewnego rodzaju dysonans dla sympatyków Piasta.

Rywalizacja z Ruchem Chorzów była, w mej opinii, jednym z najbardziej znaczących momentów w historii noworudzkiego klubu. Doniosłymi wydarzeniami były wygrane baraże o awans do II ligi z Polonią Warszawa, pucharowe boje z Górnikiem Zabrze, czy łódzkim Widzewem. Jednakże możliwość ujrzenia w akcji wielkiego Ruchu Chorzów na zawsze pozostała w mej pamięci, był to pierwszy kontakt z futbolem na nieco wyższym poziomie.

Jak zatem wspominam słoneczny dzień 15 maja 1988 roku? Obudziłem się nieco wcześniej niż zwykle, zorientowałem się bowiem, iż na mym spokojnym z reguły osiedlu działy się rzeczy …dziwne. Spojrzałem przez okno, była godzina mniej więcej 9 rano (2 godziny do meczu) i ujrzałem…morze niebieskich szalików. Wedle źródeł wszelakich, tego dnia Nową Rudę odwiedziło 700 fanów chorzowskiego Ruchu!

Gromkie „Ruch, Ruch HKS!” niosło się po moim osiedlu…

Do dziś pamiętam swoistą pobudkę, jaką fani „Niebieskich” serwowali mieszkańcom egzystującym na parterach czteropiętrowych bloków i słowa wypowiadane z charakterystycznym, śląskim akcentem:

„Gorole, wstawać”…

Około godziny 10:00 udałem się na mecz. Na kameralnym obiekcie przy ulicy Sportowej pojawiły się niespotykane tłumy. Podekscytowanie młodego, 8-letniego chłopca sięgnęło zenitu, gdy na murawie pojawili się bohaterowie długo oczekiwanego wydarzenia. Bez przesadnej skromności przyznać muszę, że ówczesne składy obu drużyn pamiętam do dziś.

W barwach Ruchu (grającego w białych strojach): Kołodziejczyk w bramce, Pałka, Waleszczyk, Chorzewski, Wira, Wrona, Nowak, Mosór, Szewczyk, Szuster, Bąk

Wynik otworzył Krystian Szuster pewnie egzekwując dość problematyczną „jedenastkę”.

Zdjęcie: Migawki z meczu

Po 30 minutach było 2-0 dla gości, bodaj Mirosław Mosór wykorzystał sytuację sam na sam z golkiperem Piasta – Andrzejem Kretkiem. Po godzinie gry szanse gospodarzy na ugranie chociażby punktu zredukowane zostały do minimum. 3-0 dla Ruchu i …wtargnięcie kibiców chorzowskich na płytę, co przedstawia poniższe zdjęcie.

Zdjęcie: Młyn kibiców Ruchu, część z nich sprawdza czy murawa nadaje się gry.

Moi pupile odpowiedzieli jedynie honorową bramką zdobytą przez Macieja Białczaka z rzutu karnego. Suchy wynik 1-3 nie pozostawił złudzeń, która z drużyn zaprezentowała wyższe umiejętności piłkarskie.

Zdjęcie: Maciej Białaczek strzela bramkę dla Piasta

Podopieczni Jerzego Wyrobka przyjechali, mówiąc potocznie, jak po swoje. Z dość wyraźną przewagą nad resztą stawki, Niebiescy po roku „banicji” w ówczesnej drugiej lidze ponownie zameldowali się w Ekstraklasie, sięgając w roku 1989 po 14 tytuł Mistrza Polski, jako beniaminek!

Pamiętam również ostatni mecz sezonu 1988/89 z wałbrzyskim Górnikiem, transmitowany przez Telewizję Polską. Hat-trick Krzysztofa Warzychy przypieczętował tytuł dla „Niebieskich”.

Piast Nowa Ruda tymczasem opuszczał szeregi drugiej ligi w wyniku reorganizacji rozgrywek. Mimo zajęcia 7 miejsca w tabeli… Diametralnie różnie potoczyły się losy obu klubów na przestrzeni 30 lat. Zestawienie osiągnięć Piasta i Ruchu byłoby wręcz herezją i nie jest moim celem porównywanie ich dorobku. Przyznać jednak muszę, że z nieco większą uwagą śledzę wyniki Ruchu. Spowodowane jest to najprawdopodobniej wspomnieniami i nieco nostalgicznym podejściem do opisanych w tekście wydarzeń.

Nowa Ruda nigdy nie była bastionem Ruchu, w przeciwieństwie do nieodległego Dzierżoniowa, chorzowianie nie cieszą się w moim mieście popularnością. Nowa Ruda to fan-club Śląska Wrocław, jeden z najbardziej aktywnych na Dolnym Śląsku. Jednakże wielu noworudzian z utęsknieniem wspomina najlepszy bez wątpienia okres w dziejach naszego klubu. Gród nad Włodzicą jest stosunkowo małą miejscowością, zamieszkałą przez niespełna 30 tysięcy osób. Sytuacja ekonomiczna po zamknięciu kopalni (podobnie jak na Śląsku), zmusiła wielu noworudzian do emigracji zarobkowej i poszukiwania szczęścia poza granicami kraju. Dlaczego wspominam o tym fakcie w kontekście przemyśleń związanych z wydarzeniami mającymi miejsce w roku 1988? Wśród lokalnej, noworudzkiej społeczności występy Piasta Nowa Ruda często traktowane były i są nadal jako pewnego rodzaju odskocznię od problemów dnia codziennego.

Zdjęcie: Migawki z meczu

Wspomnienia sprzed lat wciąż wywołują ożywione dysputy. Moja mała ojczyzna żyje futbolem, choć rywalizacja z wielkimi firmami na szczeblu centralnym stanowi trudny rozdźwięk w kontekście degradacji do ligi okręgowej, czy (o zgrozo) A-klasy w roku 2010…

Moje zwierzenia są być może nie do końca zrozumiałe dla fanów klubu, który wymieniany jest jednym tchem wśród najbardziej zasłużonych dla futbolu w Polsce. Prawdopodobnie niewielu fanów „Ruchu ” kojarzy Nową Rudę, jakże często myloną z …Rudą Śląską.

Cieszyłbym się jednakże, gdyby nieco starsi fani „Niebieskich” wrócili pamięcią choć na chwilę do pobytu swych pupili na zapleczu Ekstraklasy w sezonie 1987/88. Noworudzki „Piast” był rewelacją rozgrywek i omal nie awansował do 1 ligi! Dla mieszkańców naszego miasta, były to wydarzenia niezwykłe.

Autor: Sebastian Piątkowski – mieszkaniec Nowej Rudy, położonej w Kotlinie Kłodzkiej. Współpracuje z gazetami ukazującymi się w Nowej Rudzie, gdzie publikuje teksty dotyczące „Piasta”. Zbiera materiały do książki traktującej o historii tego klubu.

Ulica imienia

Mural, rondo i ławeczka Gerarda Cieślika. Rondo Niebieskich mistrzów. Tablica na szkole nr 34. To pamiątki w Chorzowie upamiętniające Ruch Chorzów. Wszystkie po to aby młodsi kibice (i ci starsi również) pamiętali. Pamiętali o ludziach, którzy stworzyli niebieską rodzinę, którzy swoimi sukcesami zapisali złote słowa na kartach historii chorzowskiego miasta.

Zdjęcie własne: tablica upamiętniająca sukcesy Ruchu Wielkie Hajduki umieszczona na ścianie Szkoły nr 34 w Chorzowie

Wszystko pięknie.

Osobiście brakuje mi upamiętnienia ludzi związanych z przedwojenną piłką nożną z Wielkich Hajduk, Królewskiej Huty czy Chorzowa (miasta te dopiero w 1939 roku staną się jednym ciałem). Na budynku pierwszej siedziby Ruchu brak słowa o tym, że w tym miejscu w 1920 roku powstał klub, brak gdziekolwiek informacji o Teofilu Paczyńskim czy Wilhelmie Blasze (brawa dla tych osób, które opiekują się grobem kapitana Blachy), prezesach – ludziach bez których ten klub nie miałby prawa istnieć czy osiągać sukcesy. Gerard Wodarz, Józef Sobota, Paweł Buchwald czy inni piłkarze mieszkający w Chorzowie Batorym nie doczekali się ani ronda, ani tablicy, nie wspominając o ulicy. Nie ma nic, czego patronem byłby przedwojenny piłkarz czy działacz Ruchu. Ci ludzie stworzyli legendę – jednak miasto o nich nie pamięta, jak pamięta o Gerardzie Cieśliku. Dobrze, że chociaż ten piłkarz doczekał się swojego miejsca na ulicach miasta. Zbliża się małymi krokami 100. rocznica urodzin, lepszego czasu nie będzie. Ulica Gerarda Wodarza – brzmi dumnie.

Dlaczego nie pamięta się w Chorzowie o AKS Chorzów? Nazwanie marketu w miejscu, gdzie stał stadion „Zielonych Koniczynek” to raczej profanacja niż pamięć. Nikt w mieście nie pamięta o Leonardzie Piątku, piłkarzu, który swoimi boiskowymi osiągnięciami dorównywał w okresie przedwojennym najlepszym piłkarzom w Polsce. Aż prosiłoby się o tablicę w miejscu gdzie był pierwszy stadion AKS z informacją, że futbol w Chorzowie zakładał Włoch. AKS doczekał się monografii – czyta się ją z wielką przyjemnością, to jedyny akcent pamiątkowy.

Marzy mi się muzeum chorzowskiego sportu. Takie, które swoim obszarem obejmie całą granicę miasta. Marzy mi się w tym muzeum pomnik 3 Króli – Peterka, Wilimowskiego i Wodarza. Dumnie witających zwiedzających. Marzy mi się aby otwarcia dokonali potomkowie przedwojennych piłkarzy.

Pewnie będzie jak zawsze.

 

Autor: Grzegorz Joszko

PS. Może pomóc budżet obywatelki. Tylko, że trzeba działać już…PS2. Chwała MDK Chorzów Batory, że cyklicznie organizuje sportowe wspomnienia.

Baskowie w Hajdukach

 

Spośród wielu znakomitych drużyn piłkarskich, które w latach trzydziestych mogli na żywo oglądać śląscy kibice na czoło wysuwa się reprezentacja Kraju Basków – Euzkadia.

Piłkarska reprezentacja Kraju Basków została powołana po raz pierwszy w 1915 roku dla rozegrania meczu z reprezentacją Katalonii. Baskowie wygrali na Estadio San Memes w Bilbao 6:1 i na długie lata objęli pozycję absolutnego hegemona piłkarskiego na Półwyspie Iberyjskim. W przeciągu 20 lat wielokrotnie mierzyli się z reprezentacjami innych regionów Hiszpanii pozostając niepokonanymi. „Zagraniczny” debiut reprezentacji Baskonii nastąpił w meczu z Racingiem Paryż rozegranym podczas europejskiego tournee w 1937 roku. Kontekst tego spotkania daleko  wykraczał poza boiska piłkarskie.

W odległej o tysiące kilometrów od Hajduk, Świętochłowic i innych śląskich miast i miasteczek Hiszpanii toczyła się od 1936 roku krwawa wojna domowa. Wyłoniony przez środowiska lewicowe rząd republikański walczył z faszyzującą prawicową rebelią, której przywództwo objął generał Francisco Franco. Mimo iż konflikt miał charakter wewnętrzny to obydwie walczące strony uzyskały wsparcie z zewnątrz. Stronę rządową wsparły m.in. kominternowskie Brygady Międzynarodowe, Franco sięgnął zaś po pomoc państw „osi Berlin-Rzym”. W rozwijającym się konflikcie Baskowie, licząc na uzyskanie szerokiej autonomii, opowiedzieli się po stronie rządowej. Aby to osiągnąć trzeba było zyskać poparcie na arenie międzynarodowej i zgromadzić niezbędne środki finansowe. Osiągnąć to miała reprezentacja piłkarska. Zakrojone z gigantycznym rozmachem tournee Basków wiodło przez sympatyzujące z rządem republikańskim i neutralne kraje Europy i Ameryki Południowej.

Po występach we Francji i Czechosłowacji Baskowie zawitali do Polski. Organizatorem ich wizyty był Śląski Związek Piłki Nożnej, który zakontraktował dwa spotkania. W pierwszym naprzeciw gości z dalekiej Hiszpanii miała stanąć reprezentacja Śląska, w drugim reprezentacja Ligi Polskiej. Spośród dwunastu tysięcy widzów, którzy w środę 9 czerwca 1937 roku przybyli na stadion Ruchu niewielu pewnie podejrzewało, że przyjazd Basków jest zwiastunem poważnych niepokojów, które na zawsze zmienić miały kształt Europy. Kibice przyszli obejrzeć w akcji jedną z najlepszych piłkarskich ekip ówczesnej Europy. I nie zawiedli się.

Drużyny rozpoczęły mecz w następujących składach:

Goście: Blasco – Aresco, Aeolo – Echevarria, Muguerza, Gilluren – Gorostiza, Requeiro, Langara, Larrinaga, Emilin.

Górny Śląsk – W bramce Kwoka – w obronie Giemza, Stolarczyk, linię pomocy utworzyli Wilhelm Piec, Kuchta, Karol Dziwisz. W ataku grali Ryszard Piec, Piontek, Wostal, Wilimowski i Wodarz.

Uwaga kibiców koncentrowała się zwłaszcza na kierowniku ataku Basków Isidoro Langarze, napastniku który reprezentując barwy Realu Oviedo trafił do siatki rywali 281 razy w 220 meczach! Tym razem jednak to nie zdobywanie goli pochłaniało uwagę baskijskiego superstrzelca – jak donosiła śląska prasa, podczas bombardowania będącej siedzibą rządu autonomicznego Baskonii Guernici 26 kwietnia 1937 zginąć miała matka i dwaj bracia napastnika. Mimo tragicznych wieści płynących z kraju i niepokoju o bliskich Baskowie zaprezentowali futbol jakiego według rozentuzjazmowanych korespondentów prasowych jeszcze w kraju nie oglądano.

Mecz rozpoczął się od razu ofensywą gości, która została udokumentowana już w 8 minucie  bramką Gorostizy. W odpowiedzi na gola Basków Ślązacy przeprowadzają kilka akcji, w których główną rolę odgrywa środkowy napastnik AKS-u Wostal, jednak w decydujących momentach pudłuje.  Ambitna postawa Górnoślązaków nagrodzona została w 24 minucie, kiedy to właśnie Wostal po samodzielnej akcji uzyskuje wyrównanie. W chwile po golu nad stadionem rozpoczyna się gwałtowna ulewa, która zamienia płytę boiska w grzęzawisko. Zmianę warunków pierwsi wykorzystują nasi piłkarze – w 29 minucie meczu Wilimowski wykorzystuje zbyt krótkie wybicie piłki przez jednego z obrońców Euzkadii, dopada piłki i w swoim stylu, po dryblingu, pokonuje Blasco. 2:1 dla Górnego Śląska. 10 minut później pada najefektowniejsza bramka spotkania – Langara oddaje strzał z dystansu, piłka wpada do bramki po odbiciu od słupka daleko od rąk interweniującego Kwoki. Wynik utrzymał się jednak zaledwie 4 minuty, błąd bramkarza gości wykorzystuje Wostal i wysuwa Ślązaków na prowadzenie. Baskowie trafili do siatki jeszcze raz, jednak sędzia Gerblich dopatrzył się pozycji spalonej i bramki nie uznał. Do przerwy zatem wynik 3:2.

Druga połowa rozpoczyna się od generalnego szturmu Basków na bramkę Kwoki. Znakomita i ofiarna gra Giemzy skutkuje w końcu kontuzją obrońcy Ruchu. W 64 minucie po zderzeniu z dwoma napastnikami Giemza schodzi z boiska, zastępuje go Knast. Po chwili w ślady Giemzy idzie Kuchta, którego miejsce między słupkami zajmuje Eryk Tatuś. Śliska nawierzchnia skutkuje jeszcze jedną kontuzją – po zderzeniu z bramkarzem baskijskim za linią ląduje na kilka minut Wilimowski. Liczne kontuzje były efektem raczej śliskiej nawierzchni niż ostrej gry gości – wszystkie tytuły prasowe podkreślają dżentelmeńską postawę obydwu ekip.

W czasie gdy Wilimowski przebywał poza boiskiem Langara wyrównał wynik meczu. Zaś na 10 minut przed końcem meczu Emilin ustalił wynik na 3:4. Mimo szeregu dobrych okazji Ślązakom nie udało się już wyrównać. Znakomite recenzje prasowe i uznanie Basków zebrała również śląska publiczność, która potrafiła docenić klasę rywala, oklaskiwać dobre zagrania i wygwizdać sędziego, który nie uznał poprawnie strzelonej przez gości bramki.

Jedynym niezadowolonym z wizyty Basków w Polsce okazał  Śląski Związek Piłki Nożnej. Otóż kręgi rządowe wymusiły na PZPN aby ten wpłynął na ŚZPN i odwołał mecz z reprezentacją Ligi.

Autor: Andrzej Godoj

Noworoczna tradycja

Już w latach 30. narodziła się piękna sportowa tradycja rozgrywania meczów piłkarskich wraz z początkiem nowego roku. Rozpoczęło się to podczas wypadów na zagraniczne tournée, gdzie 1 stycznia były rozgrywane mecze towarzyskie Ruchu z niemieckimi drużynami.

Ruch Wielkie Hajduki kontynuował tradycję również w Polsce. W większości przypadków był to sąsiad zza miedzy z Lipin lub z Chorzowa. W 1938 roku przeciwnikiem hajduczan był ówczesny wicemistrz Polski AKS Chorzów. Mecz został zaplanowany na niedzielę 2 stycznia na godzinę 14:00. Niedzielny obiad i szpil w mroźne styczniowe popołudnie. Czysta przyjemność. Na trybunach zasiadło 5 tysięcy kibiców.

Było co oglądać. Pierwsi na boisko wybiegli goście – piłkarze AKS witani przez swoich kibiców w ustawieniu: Mrugała – Kinowski (Knas), Stolarczyk, Bendkowski, Kuchta (Kinowski), Skrzypiec, Tymosławski (Spodzieja), Wostal, Piontek, Pytel, Spodzieja (Marszel).

Jako drudzy przy aplauzie swoich sympatyków przywitali się na środku boiska piłkarze Ruchu: Brom – Czempisz, Giamza – Panchrsz (Mikunda), Nowakowski, Dziwisz – Przecherka, Skóra, Wilimowski,  Peterek, Wodarz.

Na termometrach minus 13°C, na boisku ponad 30 cm śniegu, ale to nie było żadną przeszkodą ani dla piłkarzy, ani dla kibiców. W pierwszych 10 minutach meczu padło aż 5 bramek. O pierwszym golu napisano:

Grę rozpoczął AKS. Już w trzeciej minucie Tymosławski świetnie puszczony przez Wostala znajduje się sam na sam z bramkarzem i z 15 mtr. zdobywa pierwszą bramkę.

Minutę później wyrównuje Teodor Peterek z rzutu karnego, chwilę później do pustej bramki nie trafił Leonard Piontek, nie myli się jednak Jerzy Wostal z AKS-u. Po bramce dla Zielonych Koniczynek następuje natychmiastowa odpowiedź Ruchu. Prasa napisała o kolejnych dwóch bramkach Wilimowskiego:

Po dwóch minutach następuje świetna kombinacja trójki środkowej Ruchu. Peterek oddaje ze środka boiska piłkę Skórze, a ten dalekim strzałem kieruje ją na bramkę. Do piłki dolatuje Wilimowski i głową przerzuca ją ponad wybiegającym bramkarzem, zdobywając bramkę. Za chwilę po takiej samej kombinacji pada jeszcze jedna bramka dla Ruchu.

Piłkarze zaczęli odczuwać zimno, więc i tempo gry siadło. AKS miał szansę wyrównać, ale piłkę zmierzającą do pustej bramki zatrzymała…górka śniegu. Może to Walter Brom budował jakąś śnieżną budowlę… Chwilę później Edmund Giemza, wyręczył bramkarza Niebieskich, który pośliznął się w polu karnym, a Giemza obronił głową z pustej bramki uderzenie Tymosławskiego. Koniec pierwszej połowy. Ruch prowadził 3:2. W drugiej połowie Niebiescy szaleją na całego, szczególnie popisową partię rozgrywał Ernest Wilimowski, który wprawiony graniem na lodzie (jako hokeista w Pogoni Katowice) czuł się na lodowym boisku jak przysłowiowa „ryba w wodzie”. Popularny „Ezi” strzela kolejne 3 bramki, szczególnie ta czwarta była niezwykłej urody. Można powiedzieć, że to bramka w stylu tego piłkarza, który uwielbiał doprowadzać do szału obrońców i bramkarzy drużyn przeciwnych. Prasa o niej napisała:

Wilimowski pokazuje teraz swoją świetną klasę. Otrzymuje na połowie boiska piłkę, mija pomoc, obronę i bramkarza, który pada mu pod nogi i spokojnie wbiega z piłką do bramki.

Do pustaka. Z uśmiechem na twarzy.

Mróz rozgrzał piłkarzy na końcówkę meczu. Po rzucie rożnym, po uderzeniu piłki głową swoją drugą bramkę strzelił Peterek. Dla
AKS-u bramki strzelają Marszel i Knas. Wynik byłby wyższy, ale Peterek nie strzelił karnego. Bramkarz AKS-u Mrugała nie pierwszy i nie ostatni raz obronił strzały wyborowego strzelca Ruchu z 11 metrów. Swoje szanse miał też Gerard Wodarz, ale wynik nie uległ już zmianie. Ostatecznie Ruch pokonuje AKS 7:4. Prasa podsumowała mecz i napisała: Mecz był ciekawy i szybki mimo dużego śniegu.

To było przyjemne niedzielne popołudnie. Trudno dociec, co było powodem sprzeczki, ale po meczu w pewnym momencie dochodzi do bójki pomiędzy sympatykami obu drużyn, która zakończyła to piękne niedzielne popołudnie. Zadowoleni, zmarznięci i niektórzy poobijani kibice mogli wrócić i ogrzać się w swoich domowych pieleszach. Dla Ruchu zapowiadał się dobry rok, zupełnie inaczej niż dzisiaj.

 

Autor: Grzegorz Joszko

Ezi

W tym roku, w czerwcu obchodzono 100. rocznicę urodzin jednego z najlepszych przedwojennych piłkarzy w historii polskiej piłki nożnej, a dokładnie 83 lata temu ważyły się losy najważniejszego transferu w historii Ruchu.

To wydarzenia ostatnich tygodni 1933 roku. W październiku tegoż roku reprezentacja Polski zagrała mecz z Czechosłowacją. Na to spotkanie zostali powołani Gerard Wodarz i Ewald Urban. Ruch Wielkie Hajduki przygotowywał się najważniejszego meczu sezonu. Wygrana z Cracovią dawała upragniony pierwszy tytuł mistrzowski w historii. Działacze Ruchu zaplanowali zatem rozegranie spotkania towarzyskiego aby lepiej przygotować się do mistrzowskiego finiszu.

15 października 1933 roku na słynnym hasioku, czyli pierwszym mistrzowskim boisku Ruchu położonym przy ulicy Kaliny odbył się mecz z reprezentacją Śląska. Piłkarze Niebieskich byli w świetnej formie i pokonali swoich przeciwników w stosunku 7:2. W prasie można było przeczytać:

Bohaterem dnia był Peterek, nie tylko dlatego, że swojemi „bombami” zdobył cztery bardzo ładne bramki, ale przedewszystkiem dlatego, że wykazał specjalnie wysoką klasę, jako kierownik ataku, nadając całości bardzo ładny obraz.

W reprezentacji Śląska na lewym łączniku zagrał 17-latek, piłkarz 1.FC Katowice Ernest „Ezi” Wilimowski, który raz za razem ogrywał piłkarzy Ruchu. Reszta to przypuszczenia, ale to był jedyny mecz w tym czasie w Wielkich Hajdukach, w którym zagrał Wilimowski przeciwko Niebieskim i to najprawdopodobniej wtedy zwrócił na siebie szczególną uwagę rudowłosy małolat. Choć już wcześniej w prasie zachwycano się jego postawą w meczach katowickiej drużyny, więc to nie było żadne odkrycie. Teodor Peterek w swoich wspomnieniach tak mówił o transferze Wilimowskiego:

Było to 25 grudnia 1933, graliśmy towarzyski mecz z 1.FC Katowice. W zespole katowickim na lewym skrzydle zaimponował nam rudowłosy 16-latek. Strzelił nam 2 bramki i był motorem wszystkich akcji napadu 1.FC, tak, że z trudem zremisowaliśmy 4:4 (…)

Niestety mecz, o którym wspominał Peterek nie miał miejsca. Owszem było spotkanie, które zakończyło się wynikiem 4:4 i owszem bramki strzelał w nim Wilimowski w barwach 1.FC, ale przeciwnikiem były Azoty Chorzów i mecz miał miejsce 19 listopada. 25 grudnia Wilimowski zamiast grać w piłkę miał ubrane łyżwy i grał w hokeja w barwach Pogoni Katowice. Wątpliwe jednak, aby na lodowisku ktoś z Ruchu go obserwował. Wychodzi na to, że już w październiku „Ezi” wpadł w oko działaczom Ruchu i to jeszcze przed zdobyciem pierwszego tytułu mistrza Polski. Myślę, że Wilimowski chciał grać w mistrzowskiej ekipie i to go przede wszystkim skusiło do zmiany barw klubowych. Przecież 1.FC Katowice wcale nie chciał oddać swojego piłkarza.

W okresie pomiędzy świętami Bożego Narodzenia i Nowym Rokiem Ruch rozegrał 4 towarzyskie spotkania:

K.S. 20 Bogucice – Ruch 5:2

Ruch – Załęże 06 3:3

Ruch – Słowian Bogucice 10:0

Azoty Chorzów – Ruch 3:4

Najprawdopodobniej w tym ostatnim spotkaniu zadebiutował Ernest Wilimowski w barwach Ruchu, mecz odbył się w Sylwestra. To wtedy ubrał niebieską koszulkę po raz pierwszy. Reakcja jego poprzedniego klubu była natychmiastowa. Działacze 1.FC złożyli skargę do Śląskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej, że Wilimowski gra dla hajduckiego Ruchu.

6 stycznia 1934 roku odbył się mecz pomiędzy Naprzodem Lipiny (ówczesny mistrz Śląska) oraz Ruchem. Niebiescy przegrali ten mecz 3:4 i był to drugi mecz w barwach Ruchu nowego lewego łącznika.

Taka była odpowiedź Ruchu na zażalenie 1.FC, stosunki pomiędzy obiema drużynami były mocno napięte. Ponowna skarga 1.FC i odpowiedź władz klubowych: 4 miesięcy zawieszenia dla Wilimowskiego za reprezentowanie Ruchu. Kluby ostatecznie dogadują się między sobą. „Ezi” będzie brakującym ogniwem mistrzowskiej ekipy, który będzie panować do 1939 roku.

W 1939 roku na pierwszym treningu Ruchu pojawiło się 31 piłkarzy. W sumie Ruch posiadał 7 kompletnych drużyn, począwszy od pierwszej drużyny do drużyn juniorskich. Za drużyną stał piękny, nowoczesny stadion – największy w lidze. Za drużyną stały duże pieniądze z Huty Batory. Tysiące kibiców. Klub był najbardziej utytułowaną i najbogatszą drużyną w Polsce. Nie dajcie się zwodzić, że Ruch był zawsze biedny. To mit. W latach 30. rządził kolor niebieski. Najbardziej tragicznym wydarzeniem w historii klubu była data wybuchu II wojny światowej, gdyby nie ona dzisiaj klub byłby zupełnie w innym miejscu. Nie czarujmy się jednak, ale Ruch był za mały dla Ernesta Wilimowskiego i jego odejście z Chorzowa było kwestią czasu. Kierunek był oczywisty – Europa… Niestety, ale wydarzenia z września 1939 roku tylko to odejście przypieczętowały.

Autor: Grzegorz Joszko

Pstryczek w nos

O wstydzie, zegarze, czerwonej kartce i koszulkach z niebieskim pasem. Oto opowieść o wydarzeniach, które rozpoczęły się dokładnie 47 lat temu.

Amsterdam

19 listopada 1969 roku odbyła się druga runda pucharu Miast Targowych (dzisiaj UEFA). Drużyna Ruchu na tym etapie wylosowała holenderski Ajax. Ekipa ta była naszpikowana gwiazdami futbolu z Johanem Cruyffem i Peterem Keizerem na czele. To był absolutny europejski top 5. Do Amsterdamu zostali wysłani działacze Ruchu: Antoni Krawczyk i Alojzy Dzielong aby obserwować poczynania holenderskiej drużyny. Trener Ruchu Jerzy Nikiel zastanawiał się jak powstrzymać atak Ajaxu. Wszystko wyglądało na dobrze przygotowane, drużyna chorzowska była w formie, zajmowała pierwsze miejsce w tabeli ligowej i miała naprawdę bardzo dobry okres za sobą. Wszystko wyglądało dobrze do momentu pierwszego gwizdka na boisku Ajaxu.

Przed meczem dochodzi w polskiej ambasadzie do wymiany prezentów. Działacze Ruchu przekazują specjalnie zamówiony w hucie szkła kryształ wielkości człowieka, w zamian otrzymują piękny zegar, niestety jak wiele pamiątek Ruchu i ten przepadł bez śladu. Joachimowi Marxowi w pamięci utkwiły jednak pamiątki osobiste. Na życzenie Holendrów, zabraliśmy dla nich z kraju kryształy. Oni z kolei na pomeczowym bankiecie w urzędzie miasta wręczyli nam bezprzewodowe maszynki do golenia Philipsa. To był prawdziwy hit! – mówił na łamach katowickiego „Sportu” w 2015 roku.

Piłkarzy Ruchu w Holandii zaskoczyły przygotowania do święta obchodów Sinterklaasa (to główna postać i jednocześnie nazwa święta dla dzieci, które jest obchodzone w Holandii w wigilię urodzin Mikołaja, czyli 5 grudnia). Piłkarze Ajaxu popularni „Godenzonen” (Synowie Bogów) przygotowali worek z prezentami (golami) dla piłkarzy Ruchu. Początek meczu rozpoczął się jednak od ataku Ruchu, kiedy Eugeniusz Faber był bliski zdobycia bramki, ale ta sytuacja jakby rozdrażniła piłkarzy rodem z Amsterdamu. Pierwsza bramka stracona w 42 minucie rozwiązała worek Sinterklaasa, druga minutę później. Do przerwy 0:2. W drugiej części meczu 0:3 (56 minuta), 0:4 (63 minuta), 0:5 (70 minuta), 0:6 (76 minuta), 0:7 (80 minuta). W worku na szczęście zmieściło się tylko 7 piłek.

Do 43. minuty wszystko wyglądało dobrze. Wtedy straciliśmy pierwszego gola. Wcześniej mieliśmy dwie bardzo dobre okazje. Gdyby Joachim Marx i Eugeniusz Faber je wykorzystali, mecz pewnie wyglądałby zupełnie inaczej. Przed przerwą Ajax zdobył jeszcze jedną bramkę i było już właściwie po spotkaniu. Tym bardziej, że zaczęliśmy się niepotrzebnie spinać i popełniać proste błędy – opowiadał w 2015 roku na łamach „Przeglądu Sportowego” Antoni Piechniczek .

Niemoc. Pogrom. Klęska. Tego naporu nie była w stanie przyjąć na swoje barki obrona Ruchu popełniając błąd za błędem. Ta koszmarna porażka przeszła do historii Ruchu, jako najwyższa w rozgrywkach pucharowych. Zabolało, to był sporych rozmiarów pstryczek w nos. Drwin nie było końca, jedna z najgorszych docinek brzmiała: „Najlepszy proszek do prania niebieskiego to Ajax”, innym równie bolesnym był tekst: „Bana do Chorzowa to siódemka”.

Prasa śląska napisała:

Załamani i zrezygnowani piłkarze chorzowscy stanowili w tym okresie tylko blade tło (…) Ruch doznał w Amsterdamie jednej z najbardziej dotkliwych porażek w swojej bogatej karierze (…) Klęska Ruchu z Ajaxem w Amsterdamie zaszokowała opinię sportową w kraju. Zaszokowała do tego stopnia, że wielu entuzjastów piłki machnęło lekceważąco ręką na rewizytę holendrów w Chorzowie.

W prasie holenderskiej można było przeczytać: Rewanż w Chorzowie to tylko formalność, która niestety kosztuje i zabiera czas.

Obie drużyny wystąpiły w składach:

Ajax: Bals – Suurbier, Hulshoff, Vasović, Krol, Swart, Rijnders, Muhren, Cruyff, Van Dijk, Keizer

Ruch – Pietrek, Piechniczek, Nieroba, Wyrobek, Bem, Gomoluch, Maszczyk, Bula, Marx, Herman, Faber

Rewanż to była tylko formalność. Ruch walczył jednak o coś innego, o ratowanie swojego nadszarpniętego wizerunku. W prasie można było przeczytać: Na częściową choćby rehabilitację Ruchu czekają poza tym wszyscy jego zwolennicy. Wymaga tego pozycja, jaką chorzowianie zajmują w polskim piłkarstwie. Porażka to niby tylko strata punktów czy brak awansu do dalszej rundy, ale trzeba też umieć spojrzeć w lustro…

Przecież ci piłkarze, którzy przegrali z Ajaxem to jedni z najlepszych zawodników w historii chorzowskiego klubu, każdy z nich zapisał złote litery w annałach klubowych. A jednak dostali nieziemski łomot.

Chorzów

tytul

Piłkarze Ajaxu przylecieli do Polski już w poniedziałek, dwa dni przed meczem aby przygotować się w spokoju do rewanżu. Ich bazą był Dom Kawalera, pałac z XIX wieku w Świerklańcu, gdzie chwilę wcześniej stacjonowała reprezentacja Holandii przed spotkaniem z reprezentacją Polski na Stadionie Śląskim. Ajax zrezygnował z treningu na stadionie Ruchu, piłkarze przyjechali tylko przed meczem sprawdzić murawę. A ta nie była w najlepszym stanie, bo woda zalegała na boisku (dzień wcześniej spadł śnieg). Piłkarze holenderscy wyluzowani w wolnym czasie wybrali się na spacer ścieżkami WPKiW (Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku) i przygotowywali się do rewanżu.

Na rewanż wybrało się około 10 tysięcy kibiców (w prasie holenderskiej liczba wynosiła 25 tysięcy), którzy mogli zobaczyć Ajax w akcji. Wymowny był tekst w prasie:

Grali jak chcieli i gdzie chcieli

Ruch poniósł porażkę 1:2. Honorową bramkę w tym dwumeczu strzelił Antoni Piechniczek. Choć jak twierdzili piłkarze Ajaxu z metrowego spalonego. Mocno w prasie dostało się defensywie chorzowian: Po meczu w Chorzowie otrzymaliśmy odpowiedź na pytanie jak mogło dojść do pogromu w Amsterdamie. To co wyprawiają defensorzy niebieskich może przyprawić człowieka o udar serca. Interwencje Piechniczka, Nieroby, Bema były spóźnione, niepewne. Tyle o obronie, wcale lepiej nie zagrał atak. Gdyby Edward Herman zachował trochę zimnej krwi, ustrzeliłby co najmniej hat-tricka. Niezadowolenie kibiców sięgało zenitu, tym bardziej, że drugą bramkę Ruch stracił w doliczonym czasie gry, grając już wtedy z przewagą jednego zawodnika.

W tym meczu nie popisał się również Johan Cruyff, ukarany czerwoną kartką za kopnięcie bez piłki Jerzego Wyrobka w 70 minucie meczu.

To był ordynarny faul bez piłki, za który nie mogło być innej kary niż wykluczenie z gry. Cruyff potem sam symulował kontuzję. Szkoda, że spiker nie poinformował, że usunąłem go z boiska – wspominał na łamach polskiej prasy sędzia meczu Czomakow.

Cruyff utykając usiadł na ławce, a trener szykował za niego zmianę. Bułgarski sędzia podszedł do ławki i nakazał opuszczenie boiska Cruyffowi. Ostro protestowali piłkarze i trener Ajaxu, a po meczu w dyskusję z bułgarskim sędzią wdał się prezes Ajaxu Jaap van Praag. Sędzia Czomakow podobno wtedy stwierdził, że nie widział faulu, ale bardzo przekonywali go do niego piłkarze Ruchu.

Odpadnięcie z Ajaxem w zasadzie przesądziło o zwolnieniu trenera Nikiela, to on zapłacił za wstydliwą porażkę Niebieskich.

Koszulki

Któż nie widział tych wyjątkowych koszulek z niebieskim pasem pośrodku, bardzo podobnych do koszulek w jakich grał Ajax. W katowickim „Sporcie” w 2015 roku Antoni Piechniczek opowiadał: Działacze Ajaksu przekazali chorzowskiemu klubowi komplet strojów stylizowanych na wzór tych, w których grała drużyna z Amsterdamu. Różnica była tylko taka, że zamiast czerwonego pasa na środku koszulki był niebieski. Joachim Marx wspominał na łamach tego samego sportowego dziennika: Działacz Ruchu, Alojzy Dzielong, miał w Holandii kontakty sprzed lat, z czasów uczestnictwa drużyny juniorów w turnieju młodzieżowym. Dzięki temu udało mu się nabyć dla drużyny piękne stroje meczowe, na wzór tych, w których grali amsterdamczycy.

Tylko szeroki pas był nie czerwony, a niebieski. Ze względu na podobieństwo do oryginału, nazywane były przy Cichej „ajaksami”.

Wersja Marxa jest bliższa prawdy, a wyjaśnia to poniższe zdjęcie. Pierwszy z lewej stoi ówczesny trener Teodor Wieczorek, który przestał być szkoleniowcem zespołu pół roku wcześniej przed meczem z Ajaxem.

img126

Morał

Kibice Ruchu po meczach z Ajaxem pocieszali się, że będzie lepiej, mieli nadzieję, że w końcu zaświeci się światełko w tunelu i nie będzie to światło nadjeżdżającego pociągu. Niby ta historia tak daleka, a jednak tak bliska ciału. Wtedy za porażkę zapłacił trener. Kibice mają prawo czuć zwątpienie, nie różnią się od tych kibiców z 1929, 1969 czy 1987 roku. O obecnym tysiącleciu nie wspominając, bo dzisiaj mamy do czynienia z sytuacją niespotykaną nigdy w historii. Na naszych własnych oczach widzimy jak za fatalne wyniki drużyny, za najwyższą porażkę na Cichej, jeden z głównych architektów tego boiskowego marazmu w nagrodę dostaje nowy kontrakt. Sytuacja niespotykana w polskich realiach klubowej piłki nożnej, niespotykana w historii Ruchu. To taki pstryczek w nos, nie wiadomo tylko w czyj…

Autor: Grzegorz Joszko

Dla mnie bomba

Nie wiem czy wypada mi napisać cokolwiek na ten temat, więc akapitów tylko kilka.

I tak zamierzałem kupić, ale „smaka” zrobił mi Paweł Czado, najpierw kiedy z nim rozmawiałem i później kiedy przeczytałem jego recenzję książki wydawnictwa GiA pod tytułem „MISTRZOSTWA POLSKI. STULECIE TOM 1 (1918-1939)”. Kiedy książka do mnie dotarła czułem się tak, jakby bomba wpadła do mojego mieszkania i wywróciła wszystko do góry nogami. Dokonała wielkiego spustoszenia w mojej głowie. Tej encyklopedii się nie czyta, ją się pochłania wraz z zapachem historii, która jest w niej zawarta. Jestem pewien, że książka urzeknie każdego kto sięgnie po tę pozycję. Pozycja obowiązkowa i to nie na jeden dzień. To jest dzieło na miesiące czytania i analizowania. Duże brawa dla autorów!

Informacje zawarte w książce zmieniają bieg wydarzeń historii Ruchu. I dla mnie i dla klubu, ale również dla historii rozgrywek ligowych. Poniżej o trzech przykładach:

Po pierwsze okazuje się, że najstarszym przedwojennym żyjącym piłkarzem w barwach Ruchu jest Paweł Skóra, środkowy napastnik z którym w 1939 roku kierownictwo klubu wiązało bardzo duże nadzieje. Miał pecha, bo grał w sezonach, w których Ruch nie zdobył tytułu mistrza Polski. Jeszcze nie zdążyłem tego przeanalizować, ale to chyba jedyny obecnie żyjący piłkarz, który w tym okresie strzelił bramkę.

skora

Po drugie, zawsze sądziłem, że przydomek „Owens” nosił Władysław Słota, ale teraz już wiem, że nie…

Po trzecie. Ernest Wilimowski. Autorzy encyklopedii dotarli do nowych źródeł i zmienili mu liczbę bramek, które strzelił w niebieskich barwach. Liczba ta powiększyła się ze 112 bramek do 117. Zmiana ta ma poważne konsekwencje dla innego gracza Ruchu Teodora Peterka, ale i dla tabeli królów strzelców. Okazuje się, że w 1938 roku Wilimowski strzelił 21 bramek i został królem strzelców wspólnie z Peterkiem (21 bramek). Gdyby „Teo” się dowiedział, że znowu „Ezi” go dogonił…

Pan Andrzej Gowarzewski mocno rozprawia się również z byłym prezesem Ruchu Panem Dariuszem Smagorowiczem. Jest ostro, nawet pikantnie – ale niezwykle trafnie.

Znajdą się pewnie tacy, którzy książkę będą analizować aby wytknąć autorom błędy. Owszem i mi takowe rzuciły się w oczy, ale przy takiej zawartości i tylu informacjach, nie sposób uniknąć chochlików. Wartość tej książki i tak pozostaje niezmienna. „Libri amici, libri magistra” ta encyklopedia powinna stanowić podstawę programową przedmiotu „Historia Sportu”.

Autor: Grzegorz Joszko

Źródło: Andrzej Gowarzewski „Encyklopedia piłkarska Fuji tom 51” Mistrzostwa Polski – Ludzie 1918-1939. 100 lat prawdziwej historii. Wydawnictwo GiA, Katowice 2017

Zderzenie czołowe

Polska Zjednoczona Partia Robotnicza miała doniosłe pomysły rodem z ZSRR, zmiany nazw miejscowości czy ulic stały się powszechne. W końcu dostało się również klubom sportowym. Mimo zdecydowanych sprzeciwów przedwojennych graczy Niebieskich, którzy korko-trampki zamienili na eleganckie buty do garniturów przez okres 6 lat Ruch Chorzów zmienił nazwę na KS Unia, a herb z R-ką na coś, co miało przypominać herb klubu sportowego. Władze komunistyczne miały również swój plan, co do stadionu. Otóż postanowiły go rozbudować do absurdalnych rozmiarów, tak aby mogły na nim odbywać się niekoniecznie zawody piłkarskie. Gigant został wybudowany w Chorzowie, ale na szczęście dla Ruchu powstał od nowa i nazwano go Stadionem Śląskim. Tak więc na ówczesnym stadionie K.S. Unii Chorzów odbył się propagandowy, towarzyski mecz mający na celu pobieranie nauk od naszych pseudo przyjaciół z kraju Rad. Do Polski przyjechała wtedy radziecka drużyna Dynama Kijów. Oto historia jednego meczu, który odbył się 1 listopada 1954 roku, dokładnie 62 lata temu.

Bilety na mecz były sprzedawane w przedsprzedaży i zostało ich kupionych aż 48 tysięcy. Ci, którzy nie mogli zobaczyć tego meczu mieli okazję posłuchać relacji radiowej z całego spotkania. Transmisja rozpoczęła się o godzinie 14:00, dokładnie kiedy piłka została kopnięta po raz pierwszy na środku boiska.

Na murawie chorzowskiego stadionu dominowały cztery kolory: niebieski, biały, czerwony i żółty. W strojach niebiesko-białych wystąpiła drużyna Dynamo Kijów, w czerwono – białych Ruch (Unia) Chorzów, a żółtego koloru była piłka. To nie był pierwszy, ani ostatni raz kiedy piłkarze chorzowscy wystąpili w koszulkach tego koloru, ale to zupełnie inna historia. Piłkarze obu drużyn zameldowali się na murawie 30 minut przed rozpoczęciem meczu, aby wysłuchać przemówień o więzach przyjaźni łączących naród polski z narodem ZSRR. Więzy z drutu kolczastego…

Skupiając swoją uwagę na relacji prasowej nie można wyjść z podziwu dla niezwykłego pióra prasowego dziennikarza relacjonującego te spotkanie. Gdyby nie wynik, to w zasadzie Dynamo Kijów w każdym aspekcie było lepsze. Dosłownie w każdym. Na całe szczęście pozostawiono opisy zdobytych przez chorzowian bramek.

Bramka nr 1: „W 30 minucie okrzyk radości zatrząsł stadionem: ostry strzał Alszera przejął na głowę Pohl i nieuchronnie umieścił piłkę w siatce Dynama”.

Bramka nr 2: „57 minuta przynosi drugą, piękną bramkę zdobytą przez Cieślika płaskim szczurem w lewy róg”.

Bramka nr 3: „Po skrzydle uciekł Cieślik, zcentrował do środka, gdzie idealnie wszedł w piłkę Suszczyk zdobywając bramkę z odległości 25 metrów”.

Bramka nr 4: „Z dogodnej pozycji oddaje strzał Cieślik, odparowany jednak przez Makarowa, jednak dobitka Alszera grzęźnie w siatce”.

Bramka nr 5: „W 88 minucie jeden z błędów Gołubiewa wykorzystuje Pohl posyłając piłkę do Cieślika, no i reszta była formalnością…”

Bez tytułu

Pięć do zera. Ruch 5 – Dynamo 0. To, co działo się na trybunach przechodziło ludzkie pojęcie, to był szał szczęścia i radości. Przez te 90 minut kibice czuli się oswobodzeni. Ślązacy nigdy nie zapomnieli tego, co zrobili żołnierze Związku Radzieckiego w 1945 roku.

Inny dziennikarz usiłował w swojej relacji znaleźć odpowiedzi na kilka pytań. Przede wszystkim pisał:
To niewątpliwie niespodzianka. Któż mógł bowiem przed meczem przypuszczać, że jedenastka zdobywcy Pucharu ZSRR zejdzie z chorzowskiego boiska z bagażem aż 5 bramek, nie przeciwstawiając ani jednej.

Jeszcze inny dziennikarz twierdził, że piłkarze Ruchu mieli po prostu dużo szczęścia w tym meczu, a wszystko przez to, że jako pierwsi wygrali losowanie sędziowskie i wybrali prawą stronę boiska (patrząc od trybuny głównej). Ten sam pismak przeszedł samego siebie twierdząc, że:
Skuteczność gry Unii polegała na tym, że jeden daleki szybki przerzut do Cieślika czy Alszera powodował natychmiast więcej zamieszania pod bramką Makarowa, niż kilkuminutowe ataki napadu gości.

Ot i cała tajemnica tego zwycięstwa. Relacje prasowe przekonywały, że to zwycięstwo to zwykły przypadek.

Mecz prowadził czechosłowacki arbiter Vrbovec, który mówił po meczu:
Mecz chorzowski był bardzo dobry, Unia zagrała dobrze we wszystkich liniach zaskakując defensywę Dynamo szybkością podań oraz błyskawicznymi zagraniami pary Cieślik-Alszer. Obaj ci gracze wznieśli się na wysoki poziom i w mojej opinii zasługują na wysoką ocenę.

Po meczu przed szatnią chorzowskiej drużyny stał „zawodowy kibic”, który każdemu piłkarzowi wchodzącemu do szatni z osobna potrząsał dłoń w geście gratulacyjnym, a piłkarze emanowali radością z tego sukcesu.

Trener drużyny z Kijowa Oszewko wyraził swoją opinię pomeczową: „Muszę stwierdzić, że bardzo nam żal śląskiej publiczności: górników i hutników, że nie pokazaliśmy im piłki nożnej w takim wydaniu, na jaki stać moich chłopców”. Smutek ogarnął kibiców, to pewne…

Obie drużyny wystąpiły w składach:
Ruch: Wyrobek, Gebur, Bartyla, Bomba, Suszczuk, Siekiera, Pohl, Tim, Alszer, Cieślik, Bochenek (Michałek).
Dynamo: Makarow, Ławrionow, Gołubiew, Popowicz, Kolcow, Michalina, Gramatikopulo (Bogdanowicz), Korotkow (Terientew), Koman (Zazrojew), Bogdanowicz (Koman), Fomin

To było jak zderzenie czołowe, z którego zwycięsko wyszła tylko jedna drużyna pozbawiając złudzeń drugą. Niebiescy roznieśli drużynę Dynama. W ogólnym rozrachunku smutny to był jednak sezon ligowy w 1954 roku dla chorzowian, w ostatnim meczu ligowym z Gwardią Warszawa Ruch zremisował 1:1 i stracił tytuł mistrzowski, który mu się po prostu należał. Tym razem zebrani kibice, a na meczu było ich ponad 35 tysięcy naprawdę smuciło się niebywale. Czy wspaniałe zwycięstwo z radziecką drużyną wpłynęło na postawę piłkarzy Gwardii? Jedno jest pewne, tytuł mistrzowski przepadł…

 

PozdRawiam