Co tam było słychać lata temu

W czerwcu 1935 roku (85 lat temu):

  • w okolicach Krasnegostawu przeszedł huragan powalając kilka domów we wsi Siennica Różana,
  • 26 czerwca był najcieplejszym dniem roku, a termometry pokazały 32 stopnie
  • Urząd miasta w Katowicach przeznaczył 250 tysięcy złotych na nowe domy mieszkalne,
  • Mieszkanka Rybnika znieważyła policjanta dając mu do zrozumienia, że ma ściągnąć mundur, bo nie szczyci się mądrością,
  • W Chorzowie odbył się uroczysty obchód 15-rocznicy założenia Związku Młodzieży Polskiej,
  • W kinie „Apollo” w Chorzowie na dużym ekranie można było zobaczyć film pt. „Piotruś” oraz „Biały Ptak”. W Chropaczowie kino Metropolis było zamknięte z powodu renowacji,
  • W Wielkich Hajdukach liczył się tylko Ruch…

.. i dokładnie 23 czerwca 1935 roku odbył się mecz Ruchu bez trenera. Gustav Wieser, który był pierwszym zagranicznym trenerem Niebieskich został zwolniony po sromotnej porażce w Warszawie 0:6 kilka dni wcześniej. Prasa mocno ubolewała nad tym faktem, oprócz tego dziennikarze śląscy obarczali trenera za słabe przygotowanie piłkarzy do sezonu. Mnóstwo kontuzjowanych zawodników było jednym z powodów zwolnienia Austriaka, ale nie tylko. Trener inkasował 500 zł miesięcznie, co było wówczas kwotą astronomiczną (średnia pensja wynosiła ok 80-120 zł na miesiąc).

„Polska Zachodnia” napisała: A pozbyto go się zdaje w najodpowiedniejszym momencie. Jego praca bowiem nie dawała żadnych rezultatów. Przeciwnie drużyna traciła na formie. Gracze uskarżali się na metody treningów stosowane przez Wiesera, który zamiast zaprawy gimnastycznej, karmił zawodników tylko piłką i grą do dwóch bramek, w czasie takiego bezsensownego treningu kontuzjowany został Wodarz. Za ową pracę pobierał Wieser 500 złotych miesięcznie. Dziwić się należy kierownictwu Ruchu, które przez tak długi okres czasu patrzyło na jego szkodliwą działalność przez palce (…).

Niebiescy pałali zemstą za porażkę w stolicy. A w upalne czerwcowe popołudnie w ósmej kolejce ligowej przyszedł czas na rewanż z Legią w Wielkich Hajdukach. Absencje w hajduckim zespole były coraz większe. Powrócił do składu Dziwisz, ale nie mogli zagrać Urban i Zorzycki. W sumie w tym meczu Ruch wystąpił bez siedmiu podstawowych graczy.

Ruch wystąpił w składzie: Tatuś, Wadas, Panchyrz, Szlosarek, Nowakowski, E.Malcherek, P.Malcherek, Badura, Giemza, Dziwisz, Kubisz.

Mimo rezerwowego składu zawodnicy dali z siebie wszystko. Prasa pisała: Wynikiem przygniatającej przewagi Ruchu było… 15 kornerów, wszystkich jednak nie wykorzystano (…). Tak bitnej jedenastki Ruchu nie widzieliśmy dawno. Była ona owianą silną wolą zwycięstwa i zagrała bez zarzutu. Nowakowski na środku pomocy znalazł się na właściwym miejscu, był on po prostu motorem napędowym swej drużyny i grał ofensywnie, jak i defensywnie bez zarzutu.

Ciekawa sytuacja miała miejsce w drugiej połowie, kiedy kontuzji doznał Badura, ale zamiast zejść z boiska, zamienił się pozycją z Nowakowskim. Badura wyjątkowo w tym meczu grał jako środkowy napastnik.

To była ogromna ambicja i zaangażowanie tych piłkarzy, którzy ostatecznie wygrali z Legią 1:0 po bramce Badury. Gra zespołu tchnęła w piłkarzy wiarę, że przegranie małej bitwy nie mogło spowodować przegrania całej wojny jaką było zagrożenie zdobycia tytułu mistrzowskiego. Nową miotłą zamiast nowego trenera okazali się sami piłkarze Ruchu.

Jeszcze słowo z prasy na temat tego, co wydarzyło się na trybunach: Mecz odbył się w dość napiętej atmosferze, gdyż publiczność ustosunkowała się wrogo wobec gości. Ocena pracy sędziego: p. Libermann nienadzwyczajny.

23 czerwca 1916 roku (104 lata temu) w Katowicach urodził się Ernest Wilimowski (link). W powyżej opisanym meczu nie zagrał, miał kontuzję łękotki, z którą zmagał się praktycznie do końca 1935 roku.

23 czerwca 1965 roku (55 lat temu) po raz pierwszy w Polsce obchodzono „Dzień Ojca”.

 

Autor: Grzegorz Joszko

Książka prawdę Ci powie

Mieliśmy okazję przeczytać najnowszą pozycję książkową o Ruchu Chorzów. „100 lat Niebieskiej Legendy”to wyjątkowa pozycja przeznaczona dla dzieci. Jean Cocteau mawiał, że dzieci mają cudowną moc, aby zmieniać się we wszystko, w co tylko zapragną. W tej książce mogą stać się niebieskimi bohaterami. Mogą być Gerardem, Cilą oraz Adlerem. Mogą utożsamiać się z dziejami Ruchu, poznać jej legendy i wydarzenia. Wiele książek dla dzieci to opowieści, które są wymysłem autora. Autor książki Pan Krzysztof Pławecki pięknym wierszem opowiedział prawdziwą i wyjątkową historię, która wydarzyła się naprawdę. Przecudne są ilustracje Pani Katarzyny Winkler, warto przyjrzeć się każdej stronie bardzo dokładnie i wyłapać szczegóły związane z chorzowskim klubem.

To książka przeznaczona dla najmłodszych, ale wiemy, że sięgną po nią nieco starsi. To pozycja z serii „must have” co w wolnym tłumaczu oznacza „pozycja obowiązkowa dla każdego kibica Ruchu”.

Od 20 lipca w punktach Ruchu Chorzów (link)

Smutna wiadomość

Dotarła do nas bardzo smutna informacja. Zmarł Pan Bogusław Czaplicki, który pomagał nam w tłumaczeniu i interpretacji wielu tekstów z przedwojennych niemieckich gazet. Oprócz współpracy z nami pomagał również w tłumaczeniu tekstów piosenek w książce Mariusza Kowolla.

Był autorem wielu opracowań m.in. „Oblężenie Gliwic jako początek ślubowanych pielgrzymek Gliwiczan na Jasną Górę”.

Bogusław Czaplicki. Gliwiczanin urodzony w Wielkopolsce, przyjaciel. Miał 88 lat. Rodzinie i najbliższym składamy najszczersze kondolencje.

Premiera

Wczoraj o godzinie 20:00 odbyła się premiera 90 minutowego filmu dokumentalnego o Ruchu Chorzów pt. „Historia Ruchu to historia ludzi, którzy za nim stoją”.

Miłego seansu.

Powstanie wersja 2.0, kiedy to jednak nastąpi, to trudno cokolwiek powiedzieć. Pewnie jak wróci normalność..

Premiera

Dzisiaj o godzinie 20:00 odbędzie się premiera 90 minutowego filmu dokumentalnego o Ruchu Chorzów pt. „Historia Ruchu to historia ludzi, którzy za nim stoją”.

Pomysł na ten film pojawił się jeszcze w 2019 roku. Produkcja miała mieć swój debiut w skróconej ok. 30 minutowej wersji podczas uroczystej gali, która miała się odbyć 20 kwietnia, środki na jego produkcję miały pochodzić z Budżetu Obywatelskiego (BO) miasta Chorzowa, który dotyczył obchodów 100. lecia klubu. Dodatkowo miała powstać rozszerzona wersja reżyserska, może i dwuczęściowa. Mogliśmy ten projekt odłożyć, ale za namową wielu osób, postanowiliśmy jednak opublikować ten dokument w wersji jaką mamy.

Ktoś może zapytać, dlaczego premiera 3 maja? To jednak szczególna data w dziejach Ruchu Chorzów.

Niestety pandemia pokrzyżowała nam szyki, wielu zaproszonych gości musieliśmy odwołać, finansowania z BO nie otrzymaliśmy. Pomógł niezawodny Wielki Ruch, który wypożyczył swoje zasoby archiwalne oraz sfinansował nagrania radiowe z Narodowego Archiwum Cyfrowego. Za co serdecznie dziękujemy.

Lista osób i instytucji, którym chcieliśmy podziękować jest bardzo długa. Na początek chapeau bas dla Dawida (Asceto), który stanął za kamerą i zajął się montażem. Dla Klaudii z Ruchu Chorzów, która pomogła koordynować zaproszonych gości, ale również zajęła się transportem Pana Mariana Lubiny. Za grafikami stał niezawodny Kamil. Podziękowania dla Muzeum w Chorzowie oraz Andrzeja Godoja i Mariana Lubiny za pomoc w udostępnieniu części materiałów. Podziękowania dla byłych zawodników i zawodniczek Ruchu Chorzów, którzy zgodzili się stanąć przed kamerą. To były niezapomniane chwile.

Miłego seansu.

Grzegorz Joszko

HKS czyli …

Wiadomo, że Ruch został założony 20 kwietnia 1920 roku w Bismarckhütte (od 1 stycznia 1923 roku Wielkie Hajduki, od 1 kwietnia 1939 roku Chorzów, dzielnica Chorzów Batory) – miejscowości, której dzieje są ściśle związane z powstaniem w 1872 roku Huty Bismarcka (Huty Batory). Klub sportowy powstał przed datą przeprowadzenia plebiscytu, który miał zdecydować o przynależności poszczególnych części Górnego Śląska do Niemiec lub Polski. Sam plebiscyt zaplanowano na 20 marca 1921 roku, a poprzedziły go dwa powstania ludności Śląska, domagającej się przyłączenia regionu do Polski. Założyciele Ruchu opowiedzieli się za polskością regionu, choć wyniki plebiscytu w Wielkich Hajdukach wynosiły: 4654 za Polską i 8341 za Niemcami.

Trzeba sobie zdawać sprawę z faktu, że w okresie międzywojennym Wielkie Hajduki były jedną z 16 gmin ówczesnego powiatu świętochłowickiego, podobnie jak m.in. Lipiny, Piekary Śląskie Świętochłowice, Nowy Bytom, Nowe Hajduki (od 1934 r. część Chorzowa), Chropaczów, Łagiewniki, Orzegów czy Ruda Śląska. Siedziba Starostwa Powiatowego powiatu świętochłowickiego mieściła się jednak w Wielkich Hajdukach (dzisiejszy Ratusz – Urząd Miasta w Świętochłowicach, granice administracyjne Hajduk sięgały bowiem aż do obecnej ul. Żołnierskiej w Świętochłowicach). Układ ten zmieniła ustawa z 7.03.1939 r. (Dz.U. ŚL Nr 6, poz. 14) Sejmu Śląskiego, na mocy której likwidowano całkowicie powiat świętochłowicki, a poszczególne jego gminy przyłączano do innych powiatów i miast. Dzięki tej ustawie Wielkie Hajduki stały się 1 kwietnia 1939 roku częścią Chorzowa. Natomiast z obszaru miasta Chorzowa wyłączono teren zwany ,,Nomiarki” i włączono do gminy Świętochłowice, z kawałkiem Hajduk do powiatu katowickiego.

Zdania społeczności lokalnej w sprawie zmian były podzielone. Część hajduczan była za połączeniem z Chorzowem, a część wręcz przeciwnie. Kluczową datą przeprowadzonych zmian był jednak rok 1934, kiedy Hajduki Nowe i Chorzów Stary stały się już częścią Chorzowa, a w zasadzie Królewskiej Huty, która po połączeniu wchodzących w jej skład miejscowości zmieniła nazwę na „Chorzów”. Była to sytuacja nadzwyczajna, że pozostawiono nazwę osady wiejskiej zamiast nazwy dużego miasta, do którego była wcielana (decydował słowiański rodowód nazwy „Chorzów”). Tym samym liczba mieszkańców Chorzowa wzrosła do 103 tys., a po przyłączeniu w 1939 roku Wielkich Hajduk – już przeszło 130 tys. Było to największe wówczas miasto na Górnym Śląsku. A byłoby jeszcze większe, gdyż w początkowej fazie projekt przytoczonej wcześniej uchwały zakładał, że i gmina Świętochłowice zostanie wchłonięta przez Chorzów i stanie się jej dzielnicą.

Dodatkowo na terenie rozszerzonego Chorzowa znajdowały się 2 potężne huty, 3 kopalnie, Państwowa Fabryka Związków Azotowych, Zakłady Koksochemiczne oraz grała najlepsza drużyna piłkarska Górnego Śląska.

Jak te wszystkie zmiany wpłynęły na najlepszą drużynę Śląska? Dla władz Ruchu nic się nie zmieniło. Traktowały je jako zwykłą decyzję administracyjną skutkującą tym, że dzielnica, w której mieściła się siedziba Ruchu, leżała teraz w granicach Chorzowa. Mimo to władze Klubu wystąpiły z następującą, niezwykle ciekawą propozycją. W celu upamiętnienia nazwy „Wielkie Hajduki” zdecydowały sie  one podczas corocznego spotkania klubowego 23 marca 1939 roku zmienić nazwę Klubu… Inicjatywa wyszła od panów Gellera, Soboty i Wieczorka, trzech najważniejszych wtedy osób w Klubie. Wywiad z tym ostatnim w tygodniku sportowym „Kibic” z 1939 roku nie zostawia żadnych wątpliwości. Józef Wieczorek, mówił:

„Ponieważ od 1 kwietnia 1939 roku należeć będziemy już do Chorzowa, więc i z tego terenu będziemy musieli uwzględnić kilku pracowników. W związku z tym nosimy się też z zamiarem zmiany nazwy klubu z Klub Sportowy »RUCH« na Hajducki Klub Sportowy »RUCH« w Chorzowie, niech przynajmniej w nazwie naszego klubu pozostanie wspomnienie po Hajdukach”.

Hajducki Klub Sportowy w skrócie HKS „RUCH” Chorzów. Najprawdopodobniej od 1 kwietnia do 1 września 1939 roku, czyli przez 6 miesięcy, Klub funkcjonował pod zmienioną nazwą, choć prasie aż do wybuchu wojny, a nawet jeszcze w 1946 roku, zdarzało się używać nazwę „Ruch Wielkie Hajduki”.

Już od wielu lat niesie się na trybunach stadionu (przy ul. Królewsko-Huckiej przed II wojną światową, ul. Chorzowską od 1934 roku, teraz oczywiście przy ul. Cichej) słynne „Ruch, Ruch, HKS”. Z dawniejszych czasów pamiętam jeszcze: „O mój HKS-ie nie zdradzę cię…”. Nigdy się nie zastanawiałem na tym, skąd to HKS, bo wydawało mi się to jasne: Hutniczy Klub Sportowy – przecież od lat patronem była Huta Batory. Teraz już wiem, że się myliłem…Zamysł był inny i szczerze powiedziawszy – dużo lepszy. Ten Klub jest legendą pamiętającą o swoich korzeniach, więc i o hajduczanach należy pamiętać, bo to od nich pochodzi ten pierwszy i najstarszy, już niedługo 95-letni, symbol „R-ki” na koszulkach.

Tera dejcie pozor: śpiewając za każdym razem „RUCH, RUCH, HKS” upamiętniomy i pozdRowiomy hajduczan i dawny Hajducki Klub Sportowy!

Autor: Grzegorz Joszko

PS. Powyższy tekst powstał 18 lutego 2015 czyli 5 lat temu 🙂

Jerzy Świerk – bohater jednej akcji

8️⃣2️⃣ lata temu w Nowym Bytomiu urodził się Jerzy Świerk. Pierwsze piłkarskie kroki stawiał w Śląsku Świętochłowice, skąd w 1958 roku trafił do Ruchu. Mimo, iż w pierwszej drużynie „Niebieskich” rozegrał tylko jedno spotkanie, to jednak zapisał się w historii, gdyż zdobył w 92 minucie debiutanckiego meczu bardzo efektowanego i w dodatku zwycięskiego gola w wydawać by się mogło, przegranym meczu. 1️⃣6️⃣sierpnia 1️⃣9️⃣5️⃣8️⃣ roku do 89 minuty Ruch przegrywał bowiem z Cracovią 0-1. Wyrównującego gola zdobył Eugeniusz Lerch, a ostatnie słowo należało właśnie do Świerka. Oto jak tamto wydarzenie relacjonował katowicki „Sport”: „Wkrótce po wyrównaniu chorzowianie przejęli piłkę i ruszyli jak burza do przodu. Efektem był rzut różny. Zegar boiskowy wskazywał wprawdzie 92 minutę, ale sędzia odliczył dwie minuty, które zajęły mu targi z Cracovią i incydent z jej trenerem. Pod bramką Michny znalazła się cała dziesiątka gospodarzy. Bochenek strzelił korner wprost na but obrońcy Świerkowi i w ten sposób chorzowianie zdobyli zwycięską bramkę. Zdobył ją najsłabszy gracz tego spotkania, który w jednej chwili urósł do bohatera dnia. Na rozpoczęcie gry od środka nie było już czasu”. Z kolei w „Przeglądzie Sportowym” znaleźć można było następującą relację: „Druga połowa meczu stała pod znakiem nieustannych ataków Ruchu. Zdobycie wyrównującej bramki przez Ruch wisiało w powietrzu. Nastąpiło to dopiero w 87 min. a w ostatnich sekundach spotkania zastępujący na obronie kontuzjowanego Bombę Świerk w zamieszaniu podbramkowym przechylił szalę zwycięstwa na korzyść Ruchu. Szczęście kibiców nie miało granic.” Taki oto krótki epizod zaliczył w barwach Ruchu Jerzy Świerk. W 1️⃣9️⃣5️⃣9️⃣ roku został powołany do służby wojskowej i trafił do drugoligowego wówczas Śląska Wrocław, gdzie występował przez dwa sezony. W pierwszym zaliczył 6 spotkań, rok później wystąpił w 4. Po powrocie na Śląsk króciutko występował w rezerwach Ruchu i ostatecznie w 1️⃣9️⃣6️⃣1️⃣ roku trafił do AKS-u Chorzów, którego barw bronił do roku 1️⃣9️⃣7️⃣0️⃣. Zmarł 2️⃣8️⃣marca 2️⃣0️⃣1️⃣2️⃣ roku i spoczywa na cmentarzu w Świętochłowicach przy ulicy Cmentarnej. W ubiegłym roku udało nam się odnaleźć jego grób i zapalić symboliczny znicz przy okazji święta Wszystkich Świętych. Prawdopodobnie zmarł w wyniku potrącenia przez samochód. Może ktoś z kibiców posiada jakąś wiedze na ten temat i zechce się z nami podzielić? Jak zawsze liczymy na Waszą pomoc.

Foto: Śląsk Wrocław

Obraz może zawierać: 1 osoba
Wpis pochodzi z profilu: Stowarzyszenia NRŚL

Puchar Fliegera

Na portalach społecznościowych Ruchu Chorzów wspomniano, że dzisiaj przypada rocznica zdobycia przez drużynę Niebieskich Puchar Fliegera. Postaramy się przybliżyć ten tryumf.

Inicjatywa rozpoczęła się po stronie PZPN, który postanowił rozpocząć rozgrywki ogólnopolskie „Pucharu Polski PZPN”. Miały one być przeprowadzone w dwóch fazach: okręgowych i ogólnopolskich. To właśnie w tej pierwszej fazie tryumfował Ruch Wielkie Hajduki (dzisiaj Chorzów) awansując do fazy ogólnopolskiej. Innymi triumfatorami okręgowymi zostały m.in.: Warszawianka, ŁKS, Wisła Kraków czy Warta Poznań. Pierwszym zwycięzcą edycji ogólnopolskiej pucharu PZPN była Wisła Kraków.

Edycja pucharu okręgowego, który odbywał się na Śląsku nosił nazwę od nazwiska ówczesnego prezesa Górnośląskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej Stanisława Fliegera. Rozgrywki pucharowe na Śląsku rozpoczęły się we wrześniu 1925.

Ruch w pierwszej rundzie pokonał Śląsk Świętochłowice 2:1, następnie Śląsk Siemianowice. W trzeciej rundzie na pokonanym polu została drużyna 1.FC Katowice. W półfinale Ruch odprawił z kwitkiem AKS Królewska Huta 3:0.

Finał został rozegrany 10 stycznia 1926 roku na neutralnym boisku Pogoni Katowice. Przeciwnikiem Ruchu była drużyna 06 Katowice (06 Załęże). Na trybunach pojawiło się 3000 kibiców. Mecz rozpoczął się od ataków Ruchu, ale ci nie potrafił trafić do bramki. Obrońcy „06” wybijali piłkę wielokrotnie na rzut rożny. 8 rzut rożny w końcu przyniósł bramkę dla Ruchu. Jej strzelcem był Gonsior.

Prasa o Niebieskich napisała:

Najlepszą częścią drużyny to linja pomocy Kiołbasa – Gonsior i Koenig, której w głównej mierze należy się uznanie za zwycięstwo. Atak wyróżniał się szybkim startem do piłki oraz piękną kombinacją. Środkowy napastnik Kacy (Katzy – przyp. aut.) umiał znakomicie rozdzielać piłki. Prawa strona Bartoszek i Kałuża lepsza od lewej, chociaż i ta w niczem nie zawiodła. Obrona i bramkarz nie wyróżniali się w grze a nawet na ich konto należy zapisać pierwszą bramkę dla „Katowic 06”.

W innej zaś:

Gra bardzo ostra, nadzwyczajne wyładowanie ambicji. Przestrzelono 3 rzuty karne

90 minuta nie przyniosła rozstrzygnięcia. Wynik brzmiał 2:2. W dodatkowych 30 minutach Niebiescy zdobyli kolejne (lub kolejną) bramkę. W części prasy wynik brzmiał 3:2, w innych 4:2 dla Ruchu. Tak, czy owak Ruch Wielkie Hajduki został zwycięzcą pierwszej edycji Pucharu Fliegera. To był ogromny sukces tych piłkarzy. Szkoda, że nie przetrwał do naszych czasów piękny puchar, który Ruch otrzymał z tej okazji.

Autor: Grzegorz Joszko

Nazywam się Beljung. Miklós Beljung

Zaczęło się od poszukiwania zdjęcia Gerarda Cieślika, potem trafiliśmy na kolejne dziwne zdjęcie w katalogu „Cieślik”, zdjęcie przekierowało nas na wykaz trenerów Piasta Gliwice, a tam znane nazwiska: Dziwisz, Wodarz, Beljung. Dwaj pierwsi to byli piłkarze przedwojennej mistrzowskiej drużyny Ruchu. Ostatnie nazwisko dopiero zaistnieje w Chorzowie. W roku 1957. Będzie trenerem chorzowskiej jedenastki. Tutaj zatrzymały nas późne godziny nocne.

Transylwania

Erdély, zwana Transylwanią lub Siedmiogrodem. Kiedy w 1914 roku urodził się Miklós Beljung miejscowość nazywała się Lugos i należała do Austrio-Węgier. Dopiero w 1918 region Transylwanii został włączony w granice Rumunii. Losy żyjących tam mniejszości przede wszystkim Węgrów i Niemców był coraz trudniejszy. Wielu z nich decydowało się emigrację. Obszar ten zamieszkiwało wiele narodowości. Miklós nazwisko odziedziczył po francuskim ojcu, jego matka była Węgierką. Po zakończeniu szkoły wyjechał do Francji. Po latach twierdził, że kopał w tym czasie piłkę w kilku klubach rumuńskich. We Francji wstąpił do Legii Cudzoziemskiej, raczej z przymusu uniknięcia więzienia niż atrakcyjności Legii. Za karę dezercji trafił do więzienia, zwiedza w nim kolejne kraje na mapach Europy: Francja, Hiszpania, Niemcy. W końcu kolejna ucieczka i wojna światowa zastaje go w więzieniu Czechach. Twierdzi, że jest antyfaszystą. Zostaje wypuszczony.

Miki

Trafił do Katowic w 1941 roku, znał biegle kilka języków. Miał pracować w biurze przesiedleńczym Niemców z Bałkanów, ma w końcu spore doświadczenie w tym zakresie. Został członkiem Armii Krajowej zwerbowanym przez kurierkę ZWZ (Związku Walki Zbrojnej) ps. „Kinga”/„Ela”. Juliusz Niekrasz, kronikarz AK na Śląsku, dobrze znał go ze wspólnej konspiracji. Napisał potem w swoich wspomnieniach:

Igrał ze śmiercią. Lubował się w sytuacjach niebezpiecznych i ryzykownych. Stale wyzywał los.

Beljung otrzymał pseudonim „Miki” i został adiutantem Wacława „Nowiny” Stacherskiego, szefa katowickiego inspektoratu Armii Krajowej.

J-23?

Po latach na łamach prasy Beljung opowiadał:

„Dostałem fałszywą legitymację służbową na nazwisko SS oberscharfűhrera Karla Heimbacha, urodzonego 5 marca 1914 roku w Petrowitz, Kreis Kattowitz. Drugi Dienstausweis miałem na nazwisko Peter Andron, z tą samą datą urodzenia. Byłem więc oficerem SS, pracującym w administracji, na co wskazywały otoki na kołnierzu, srebrno-czarne. Patrole z Waffen SS nie interesowały się administracją”.

Miał odgrywać teraz role dwóch niemieckich osobistości. Karl Heimbach był oficerem SS, pracował w katowickiej administracji. Peter Andron był przemysłowcem, eleganckim, dobrze wychowanym wiedeńczykiem.

Beljung alias Karl Heimbach wsławił się kilkoma efektownymi i skutecznymi akcjami. Debiut w niemieckim mundurze nastąpił w Sosnowcu, gdzie w miejscowej drukarni zamówił 100 specjalnych blankietów, dzięki którym potem żołnierze ruchu oporu mogli dokonywać transakcji w bankach, podróżować, kupować broń. Podczas innej akcji „obersturmfuehrer Heimbach” wyjechał do Ostrawy na terenie Protektoratu Czech i Moraw, gdzie kupił aż 500 pistoletów. „Miki” prowadził też operacje finansowe w bankach Rzeszy, złotówki dostarczane przez ruch oporu wymieniał na marki. Pieniądze trafiały do kasy śląskiego ruchu oporu. Z Heimbachem spotykali się esesmani, z Andronem wysoko postawieni Niemcy. Ginęły im dokumenty, pisma, czeki, druki czy broń.

Zdjęcie: Miklós Beljung jako Andron

W 2006 na łamach „Dziennika Zachodniego” wysnuto tezę, że Beljung był pierwowzorem Hansa Klossa, słynnego w latach 60. telewizyjnego i teatralnego agenta J-23.

Krwawa Julka

Helena Mathea, zwana Matejanką, używająca pseudonimów „Jula” i „Lu”, z pochodzenia żydówka z Katowic – Ligoty. Przed wojną należała do harcerstwa. Przy tym była kobietą niezwykłej urody. Wysoka, zgrabna, z długimi blond włosami, obdarzona promiennym uśmiechem. Podwójna agentka Gestapo. Zniszczyła całą siatkę na Śląsku. Beljung ucieka do Wiednia. Tam ma wykonać wyrok śmierci na zdrajczyni. Ta ucieka jednak i wiedzie spokojne życie w Wielkiej Brytanii. Nigdy nie spotka ją kara.

Beljung wrócił na Górny Śląsk. Do końca wojny ukrywał się w Rudzie Śląskiej. Po wojnie za działalność w AK trafił do więzienia w Bytomiu. Po kilku latach więzienia wychodzi na wolność. Znowu może grać swoje role. Wrócił, za zasługi wojenne został odznaczony orderami Polonia Restituta i Krzyżem Grunwaldu, a potem nadano polskie obywatelstwo. Zmienił imię na Mikołaj i ożenił się z kurierką, która zwerbowała go do AK. Zamieszkał w Katowicach.

Piłkarz i trener

W poszukiwaniach prasowych trafiamy na jego nazwisko w składzie 1.FC Katowice w marcu 1941 roku.

Po wojnie był szkoleniowcem m.in.: Podlesianki, RKU Sosnowiec, Piasta Gliwice, Górnika Radlin i Ruchu Chorzów. To nie były sukcesy trenerskie na miarę jego działań w wywiadzie. W styczniu 1957 zaliczył debiut na ławce trenerskiej Niebieskich porażką 1:2 z Sołą Oświęcim. Z wynikami było różnie, raz fatalnie, raz dobrze. Katowicki „Sport” po pierwszym treningu styczniowym napisał, że trener to najsłabszy punkt Ruchu, na co działacze Niebieskich zażądali wyjaśnienia takiego określenia w następnym numerze gazety.

Zdjęcie: pierwszy trening Ruchu w 1957r.

We wrześniu prasa była coraz bardziej bezlitosna dla węgierskiego trenera Ruchu pisząc:

Ruch słaby jak chyba nigdy w swej chlubnej karierze, grał bez koncepcji, po utracie bramki zupełnie bez ambicji.

oraz

Chorzowianie przeżywają spadek formy, który nie wróży nic dobrego na najbliższą przyszłość. Załamanie jakie przeżywali na tym meczu świadczy o niczym innym jak o tylko o niedotrenowaniu zespołu, względnie o wadliwym szkoleniu.

Przysłowiowego „szticha” wbił gracz Niebieskich Henryk Alszer, który potwierdził, że działacze rozmawiają z nowym trenerem. Oprócz tego mówiąc: (…) nasz zespół jest niedotrenowany, że brak mu po prostu kondycji tak niezbędnej do wykrzesania z siebie maksimum ambicji (…). To był koniec trenerskiej przygody Beljunga w Ruchu. Nie można mówić, że nic mu się nie udało. Wprowadził do zespołu Eugeniusza Lercha, wygrał we Frankfurcie z Eintrachtem, wyeliminował z Pucharu Polski warszawską Legię, załatwiał mecze sparingowe z węgierskimi drużynami.

Zadzwoniliśmy do Eugeniusza Lercha, który nam powiedział:

Dobrze go wspominam, przecież u niego zadebiutowałem w pierwszym zespole. Miał dobry warsztat, bardzo często oglądał rezerwy i juniorów. Nie wszystkim jednak przypadł do gustu, niektórzy mówili na niego „kelner”, bo był szefem w jednej z restauracji w Katowicach. Myśmy wtedy nie wiedzieli kim on był w czasie wojny.

Hungaria

Pod koniec XIX wieku wybudowane zostały dwie kamienice na dzisiejszej ulicy Mariańskiej pod numerami 4 i 6. Po połączeniu obu budynków, powstał w nich hotel Savoy. Obiekt mógł się pochwalić restauracją o tej samej nazwie. Hotel składał się z 50 pokoi, w których goście mieli dostęp do zimnej i ciepłej wody. Wtedy był to prawdziwy luksus. W okresie międzywojennym wynajęcie pokoju w hotelu Savoy kosztowało 4.50 zł za noc.

Zdjęcie: przedwojenna restauracja Hotelu Savoy

Po wojnie tego hotelu już nie było, była za to Polonia. Mikołaj Beljung założył w tym miejscu w latach 50. restaurację Hungarię. Miała słynąć z węgierskich potraw i trunków. Do restauracji zapraszał ogromny dwupiętrowy neon „Hungaria” a w środku pichcili prawdziwi szefowie kuchni węgierskiej, którzy co kwartał zmieniali się na innych. Gościom czas umilała węgierska orkiestra.

Eugeniusz Lerch wspominał: Był perfekcjonistą, pamiętam taką sytuację, kiedy byliśmy z drużyną w jakieś restauracji. Kelner przyniósł herbatę i wrzucił do niej cytrynę. Bejlung zwrócił mu uwagę, co takiego robi. Wyjaśnił, że cytryna musi być obrana i położona na spodeczku. Zdarzało się, że w jego lokalu spożywaliśmy posiłki.

Wisz

Ruch w tym sezonie znalazł się na zakręcie, ale szybko kierownica trenerska została zamieniona. Eksperyment trenerski się nie powiódł, ale wydaje się, że powodem nie był tylko sam Bejlung.

Dziennikarz podpisujący się „Wisz” w „Trybunie Robotniczej” tak napisał o Ruchu we wrześniu 1957 roku, kiedy znalazł się w dołach ligowej tabeli:

Nie wiem. Dlaczego wciąż jeszcze wszyscy kochają ów hajducki Ruch, choć każdy jego występ przyprawia nas o drżenie, jakby do walki wstępowała cząstka naszych najtaniejszych uczuć. Tyle razy przez „Ruch” żegnałem się z nadzieją, tyle razy powtarzałem sobie: nie pójdę już na żaden mecz tej drużyny, będę po cichu przeżywał jej klęski i jej upadek. A tymczasem – niewidzialna więź nie dała się przerwać, słowo „Ruch” elektryzowało pamięć, wyganiało człowieka na boisko (…).

Autor: Grzegorz Joszko

 

Źródło: Dziennik Zachodni R:2006, Gazeta Wyborcza R:2012, Trybuna Robotnicza R:1957, 1959, Śląska Biblioteka Cyfrowa, Sport R:1957

Zwiedzanie

Zamiast do domu piłkarze Ruchu wyruszyli do Norymbergi (niem. Nürnberg) na mecz z miejscowym 1.FC. Miejscowość jest położona 156 km od Stuttgartu, a piłkarze 1.FC byli wówczas pięciokrotnym mistrzem Niemiec (nie wg dzisiejszego systemu rozgrywkowego). Tego meczu nie było w planie, ale działacze Niebieskich zaakceptowali ofertę rozegrania spotkania towarzyskiego z „Der Altmeister” (przydomek 1.FC), którą otrzymali będąc jeszcze w Stuttgarcie.

O 5:30 start

Piłkarze Ruchu zamiast zjedzonego śniadania w hotelu, zjedli je w wagonie restauracyjnym przed godziną 6 rano. Po ponad 5 godzinnej podróży piłkarze dotarli na dworzec, zdziwili się, że na peronie stali kibice 1. FC Nürnberg, którzy czekali na swoich ulubieńców, jednak już na dworcu okazało się 1.FC opóźni swój przyjazd z tournée w Hiszpanii o 12 godzin. Cały sztab został zaproszony na obiad do restauracji znajdującej się w podziemiach Spichlerza Zbożowego. Ocena pobytu w tym miejscu została tak opisana w prasie:

Jedzenie było „obskurne” I w dodatku bardzo drogie, bowiem zapłaciliśmy za skromny obiad 2,20 RM.

Sala tortur

Zwiedzanie Norymbergii piłkarzy Ruchu rozpoczęli od kościoła, poprzez ratusz i uliczki starego miasta. Później kroki skierowały ich na Nürnberger Kaiserburg – zamek położony na skale na północ od centrum miasta, w latach II wojny światowej w Kunstbunker pod zamkiem przechowywano skradziony z Krakowa ołtarz Wita Stwosza.

W jednej z wież usytuowana była sala tortur. We wspomnieniach z tej wizyty możemy przeczytać:

Najpierw zapoznajemy się z krzesłem, którego wszystkie części przebite są gwoździami. Na tem krześle umieszczano więźnia, by wymusić od niego prawdę. Dalej widzi­ my tam specjalne łapki do łamania palców i kości, a ogólny postrach budzi olbrzymi odlew „śmiejącej się dziewicy”, której przednia część się otwiera, a w środku wystają 30-centymetrowe gwoździe. Więźnia wsadzano w otwór i następnie całą siłą przymykano przednią część. Gwoździe przechodziły więźniowi przez głowę, piersi, brzuch i nogi. Była to zdaje się najgroźniejsza śmierć, jaka mogła spotkać więźnia.

Szczęście

Na mapie Norymbergii nie mogło zabraknąć studni piękna (niem. Schöner Brunnen), przy której piłkarze kręcili kółkiem (pierścieniem) szczęścia 30 razy. Był to przesąd, w którym 30-krotny obrót miał zwiastować szczęście. Dzisiaj w przewodnikach turystycznych można przeczytać, że w balustradzie okalającej studnię umieszczony jest mosiężny pierścień. Wystarczy go trzykrotnie przekręcić, a to przynosi szczęście. Tak czy owak, piłkarze Ruchu jeden po drugim kręcili pierścieniem licząc na swój szczęśliwy los.

Instrumenty dla orkiestry

Po powrocie do hotelu na piłkarzy Ruchu czekała informacja, że piłkarze 1.FC są zbyt zmęczeni podróżą i meczami w Madrycie i nie dadzą rady rozegrać spotkania z mistrzem Polski. O godzinie 23:00 ze stacji w Norymberdze cała ekipa wsiadła do pociągu powrotnego. Zmęczeni całym tournée wszyscy posnęli budząc się dopiero w Gorlicach. Na granicy w Bytomiu czekała na piłkarzy mała niespodzianka, otóż działacze zakupili instrumenty muzyczne dla orkiestry klubowej, co do których celnicy mieli spore zastrzeżenia. Już możemy sobie wyobrazić, jak niektórzy próbowali na nich grać, aby przekonać, że to na własny użytek. Prasa szeroko rozpisywała się o zwycięstwach z FCB oraz VfB, więc na peronie w Wielkich Hajdukach czekało tysiące kibiców Ruchu, którzy chcieli przywitać swoich pupilów. Historia tego wyjazdu dobiegła końca. Można żałować, że nie doszło do ostatniego meczu, bo drużyna z Norymbergii była wówczas jedną z najlepszych w swoim kraju. Pozostało tylko zwiedzanie miasta. Czy kręcenie przyniosło piłkarzom szczęście? Studiując ich dokonania można odnieść wrażenie, że nie było im potrzebne. Byli pewni swojej siły. Ci piłkarze stali się prawdziwą legendą bez końca.