2 zegary i 10 bramek Wilimowskiego

 

Dokładnie 78 lat temu 21 maja 1939 roku miał miejsce na Cichej mecz podwójnie historyczny. Pierwszy raz uciekające minuty spotkania odmierzała precyzyjna wskazówka chronometru Omega, a 90 minutowych odcinków, które pokonała w ten dzień wypełnione było wydarzeniami prawdziwie wiekopomnymi. Ruch wygrał z Unionem Touring Łódź 12:1, zaś Ernest Wilimowski zapisał na swoim koncie okrągłe 10 bramek!

Od rana nad Chorzowem unosiły się ołowiane chmury, deszcz który przyniosły uczynił boisko (zgodnie z relacją Polski Zachodniej):

„Śliskiem, tudzież potworzył liczna bajorka, które w wysokim stopniu utrudniały normalną grę”

Fatalna pogoda sprawiła, że mecz oglądało zaledwie 2000 widzów, którzy, jak już wrócili do domów i porządnie wyschli, mogli czuć się prawdziwymi szczęśliwcami.

Niebiescy wybiegli na murawę w następującym składzie: w bramce Walter Brom, w obronie Edmund Giemza i Józef Ibrom, linię pomocy utworzyli Henryk Mikunda, Fryderyk Skrzypiec i Emil Fica. Piątkę napastników stanowili Ewald Kruk, Władysław Słota, Teodor Peterek, Ernest Wilimowski i Gerard Wodarz.

Od początku spotkania uwidoczniła się przygniatająca przewaga Ruchu. Dość powiedzieć, że w całej pierwszej odsłonie meczu goście zaledwie dwukrotnie przedostali się pod pole karne Ruchu. Niebiescy z kolei nie mieli najmniejszych problemów z tworzeniem sobie sytuacji bramkowych. Dobrze poczynaniami ataku kierował Peterek, niezawodnym egzekutorem okazał się Wilimowski. W pierwszej połowie pokonał bramkarza gości trzykrotnie w 13, 21 i 32 minucie gry. Według chętnie powtarzanej legendy Ernest Wilimowski miał założyć się w przerwie z jednym z kibiców o złoty zegarek, że strzeli w całym meczu 10 goli. Czy tak było naprawdę tego już nie rozstrzygniemy, faktem jest jednak, że w drugiej połowie rozpoczął się szalony pościg Eziego za magiczną 10-tką.

W obliczu słabości rywala (Jednostronny trening na bramkę Unionu – Polska Zachodnia) Niebiescy porzucają wszelką taktykę i usiłują strzelać z dalszych odległości”. W ataku bryluje oczywiście Wilimowski, dzielnie sekundują mu Wodarz i Słota. W 53 minucie pada najładniejszy gol meczu – strzał Eziego z 16 metrów ląduje w samym rogu bramki łodzian, 4 zero, 4 gole Eziego. Kolejne bramki będące efektem znakomitych kombinaji ataku Ruchu padają w odstępie 5 minut pomiędzy 65 a 70 minutą. Ezi, Ezi, Ezi. 7:0 dla Ruchu i 7 goli dla Wilimowskiego. W 72 minucie po wątpliwym zagraniu ręka w polu karnym arbiter dyktuje 11 dla Unionu, Świętosławski zamienia go na honorową bramkę dla swojej drużyny. 75 minuta przynosi kolejną bramkę Wilimowskiego. 8:1 Teraz i Peterek pragnie zapisać się w protokołach meczowych i trafia dwukrotnie. Ruch prowadzi już 10:1. Ostatnie minut to jeszce popis Wilimowskiego który w 85 i 89 minucie zdobywa swoją 9 i 10 bramkę w meczu.

„Ruch zadowolił; nie zlekceważył przeciwnika, ale przekonał go o swej wartości. Dobry był atak i pomoc, obrona nie miała okazji wyprobować swych możliwości”.

Tyle o meczu „Polska Zachodnia”„Gwiazdą spotkania był Wilimowski, a jego rekord 10 bramek w jednym meczu ligowym długo zostanie nienaruszony. Mimo to gra Wilimowskiego nie była bez zarzutu. Było w niej za dużo cyrkowych sztuczek i za mało pomocy sąsiadom, naczym stracił dobrze grający Wodarz” Taką lakoniczną notatką podsumował „Przegląd Sportowy” niebywały wyczyn Eziego.

Dziennikarze „Przeglądu…” pewnie nie wiedzieli jak bardzo mieli racje w kwestii trwałości ustanowionego rekordu. Od meczu Ruchu z Unionem mija właśnie 78 rok. Nie wydaje się możliwym aby we współczesnej piłce ktoś był w stanie kiedykolwiek wymazać rekord Wilimowskiego z tablic.

Autor: Andrzej Godoj