Wszystkie wpisy, których autorem jest admin

Historia to potęga

Jakbyśmy mogli się na kimś wzorować to zdecydowanie byłaby to internetowa encyklopedia Wisły Kraków. Oczywiście możecie nas posądzić, że teraz „to układ”, to należy dobrze pisać. Nic z tych rzeczy. Pasja, wiedza, ale i pomoc, na którą nasz portal może zawsze liczyć.

Dzisiaj „Historia Wisły” przypomniała mecz pomiędzy Białą Gwiazdą a Niebieskimi z 1936 roku.

https://twitter.com/HistoriaWisly/status/1100674364985536512

A My teraz przypomnimy jak zwycięstwo w tym meczu zmieniło historię polskiej piłki nożnej.

Jedyna bramka dnia padła w 44 minucie na skutek błędu obrony gości. Mianowicie nieobstawiony Wodarz przebił się przed samą bramkę i skośnym strzałem ulokował piłkę w bramce.

1:0

Działacze Ruchu na następny dzień w poniedziałek 29 czerwca 1936 roku zaplanowali sparing z drużyną Cracovii, która po zeszłorocznym spadku z Ligi była na dobrej drodze do powrotu do najwyższej klasy rozgrywkowej. To było jak zły sen.

0:9

z Cracovią. Do bramki Ruchu po 2 latach kary powrócił Kurek, zastąpiony w trakcie meczu przy wyniku 0:5 przez Tatusia. Prasa śląska był oburzona takim wynikiem, ale relacja z „Przeglądu Sportowego” doprowadziła do niezwykłych wydarzeń.

List

„Przegląd Sportowy” opublikował list Stanisława Skrzypczaka, dziennikarza, który zrelacjonował wydarzenia z nocy z poniedziałku 29 na 30 czerwca 1936 roku. Skrzypczak czekał na piłkarzy Ruchu na dworcu w Katowicach powracających z meczu z Cracovią. Z pociągu, co było raczej normalne wysiadł Wilimowski i Kurek, obaj mieszkali przecież w Katowicach, ale dziennikarz doszukiwał się w tym odwagi tylko tych piłkarzy, którzy postanowili wyjść do oczekujących dziennikarzy. Obaj piłkarze swoje pierwsze kroki skierowali do restauracji usytuowanej na ul. Wojewódzkiej. Dziennikarz Skrzypczak ze swoim kolegą po fachu zupełnie przypadkowo skierował się do tego samego przybytku i zajął miejsca obok piłkarzy, którzy siedzieli w restauracji z innymi dziennikarzami oraz działaczami Śląskiego Związku Piłki Nożnej. Dziwnym trafem pan Skrzypczak i jego kolega do tego stolika zaproszeni nie zostali, a piłkarze zauważyli ich dopiero o godzinie 3 nad ranem. Pan Skrzypczak zupełnie trzeźwy wysłuchał, co Wilimowski i Kurek mieli do powiedzenia, a co zacytował warszawski tygodnik:

„Nad ranem około godz. 3-ciej Kurek, skonsumowawszy większą ilość wódki, zauważył mnie siedzącego i przysiadłszy się do mojego stolika, przywołał ledwo trzymającego się na nogach Wilimowskiego, którego dotychczas osobiście nie znałem. Przedstawił mi go Kurek i wówczas ich zagadnąłem:

– Jak doszło do tak kompromitującej porażki?

– Cracovia – odpowiada Kurek – zagrała jeden ze swych najlepszych meczów. Nie musieliśmy jednak przegrać, gdyby wszyscy nie byli pijani. Po meczu z Wisłą kierownictwo wypłaciło każdemu graczowi po 50 zł. Wszyscy poszliśmy więc na pijatykę i dopiero nad ranem około godz. 5 wróciliśmy w poniedziałek do domu. Badura ledwo stał na boisku w Krakowie, a Peterek nie mógł dojrzeć piłki. Ja – przerywa Kurkowi Wilimowski – to widziałem zawsze cztery piłki. Po takiej nocy nic nie szło”.

Rekordowa sprzedaż

„Przegląd Sportowy” w następnych dniach relacjonował wydarzenia poniedziałkowe chwaląc się przy tym, że takiej sprzedaży gazety na Śląsku nie miał nigdy i musiał dodatkowe egzemplarze dowozić z innych części kraju. Doniesienia tygodnika sportowego sugerowały, że oprócz pijaństwa, piłkarze Ruchu otrzymywali wynagrodzenie za granie w piłkę jak zawodowcy, co było wtedy zabronione. PZPN wspólnie z przedstawicielami Ligi na zlecenie Głównego Komitetu Olimpijskiego postanowił przeprowadzić śledztwo. Wilimowski twierdził, że owszem i pił, ale nie był pijany i stanowczo wszystkiemu zaprzeczył. Kurek zaś utrzymywał, że to była zwykła wymówka ze względu na tak wysoką porażkę, choć pijany w katowickiej restauracji był. Piłkarze zostali skonfrontowani z dziennikarzami, którzy byli autorami listu w obecności przedstawiciela PZPN. Dla Komitetu Olimpijskiego problemem nie był alkohol, tylko rzekoma gratyfikacja, którą piłkarze mieli otrzymywać za granie w piłkę nożną. W kolejnym wydaniu „Przeglądu Sportowego” zrobiono z Wilimowskiego winnego, przedstawiono go jako człowieka, którego sposób zachowania nie predysponuje do reprezentowania barw naszego kraju. Pisząc, że oczywiście

„Wszystko trzeba wyjaśnić dla dobra polskiej piłki nożnej”.

Wyrok

W międzyczasie gierek prasowych zawodnicy Ruchu zremisowali w lidze z Pogonią Lwów 1:1. To była ostatnia kolejka przed przerwą na Olimpiadę. Parę dni później PZPN postanowił w sprawie zawodników i hajduckiego Ruchu: Eryk Kurek – zawieszony na 2 lata za

„Rozsiewanie nieprawdziwych pogłosek”

Ernest Wilimowski – zawieszony na 6 tygodni za:

„Nieodpowiednie zachowanie się, jako członka drużyny olimpijskiej i złamanie przysięgi olimpijskiej”.

Klub Sportowy Ruch Wielkie Hajduki został zawieszony do odwołania bez możliwości rozgrywania meczów ligowych czy towarzyskich. Wydział Gier i Dyscypliny PZPN postanowił (uwaga!) sprawdzić księgi finansowe Ruchy czy rzeczywiście piłkarze są dodatkowo opłacani. Wszystkie kary zostały ustanowione tylko na podstawie oświadczenia dziennikarza, któremu nie dane było usiąść z piłkarzami przy jednym stoliku. PZPN nie posiadał żadnych dowodów na winę klubu czy piłkarzy, a jednak wydał wyroki skazujące na podstawie rewelacji „Przeglądu Sportowego” i zrobił to (uwaga!) do czasu sprawdzenia wszystkich dokumentów. Kara dla Wilimowskiego oznaczała wykluczenie go z udziału w Olimpiadzie, co praktycznie przekreśliło zdobycie medalu drużyny piłkarskiej na tej imprezie. Śląskie relacje prasowe w sprawie 20-letniego Ernesta Wilimowskiego wskazywały na ogromną krzywdę jaką mu wyrządzono. „Ezi” pisał listy do Komitetu Olimpijskiego, w których prosił o zmianę decyzji, ale zawieszenie nie zostało cofnięte, co gorsza dla Ruchu zawieszenie skutkowałoby walkowerami i w końcu karną degradacją do klasy A. Niektórzy nie umieli przeboleć wielkości Ruchu i jego dominacji w rozgrywkach ligowych. Organ Ligi Piłkarskiej nie przyjął jednak kary zawieszenia Ruchu, jednak PZPN był nieubłagany. Za Ruchem stanęły inne śląskie kluby, jakby tego było mało, do akcji chciały się również przyłączyć kluby z Kielc i Krakowa. Prasa napisała:

„Zdołaliśmy się poinformować u wiarogodnego źródła, iż w razie gdy PZPN nie zmieni swego postępowania w stosunku do klubów śląskich, kluby te wystąpią z PZPN i utworzą własny związek, do którego mają zgłosić swój akces m.in. kluby krakowskie i Zagłębia kieleckiego”.

To była wojenna ścieżka.

Koniec?

PZPN kontrolował przez wiele dni dokumentację finansową Ruchu i…nic nie znalazł. NIC. ZERO, NUL. Jako, że nie było żadnych dowodów na zawodowstwo piłkarzy, kary zawieszenia zostały zniesione. Ot tak. Ernest Wilimowski i Ruch Wielkie Hajduki niewinni, choć „Ezi” został w pełni zrehabilitowany 3 tygodnie później niż klub. Nałożone przez PZPN kary „do czasu wyjaśnienia sprawy” zostały anulowane. „Przegląd sportowy” i PZPN zamilkł i do dzisiejszego dnia nie przeprosił ani klubu ani Ernesta. Gdyby nie przerwa olimpijska nie byłoby szans na czwarty tytuł mistrza Polski. A tak na 5 dni przed powrotem na ligowe boiska kara została anulowana.

Korona mistrzowska w sezonie 1936 i tak powędrowała na głowy piłkarzy Ruchu. Z Ernesta Wilimowskiego zrobiono pijaka, którym nigdy nie był, a PZPN zrobił wszystko, żeby Polska reprezentacja olimpijska nie zdobyła złota.

A Wisła mogła wtedy wygrać.

 

 

Trzech Króli

Na katakumbowych malowidłach występuje najczęściej trzech magów, ale nie brak też takich, na których widnieje dwóch, czterech, a nawet sześciu i dwunastu magów. Tych trzech najważniejszych to Kacper, Melchior i Baltaz…czy może Ernest, Gerard i Teodor? 😉

W latach 30. podczas lekcji religii w pewnej w szkole na Górnym Śląsku, kiedy katecheta zadawał dzieciom pytanie: „Jak nazywają się Trzej Królowie?”. To odpowiedź padała zawsze taka sama: „Peterek Wilimowski i Wodarz”! Ta chętnie powtarzana anegdota jasno obrazuje kim dla Ruchu i jego kibiców byli Ci trzej genialni zawodnicy.

Od lewej stoją Wodarz, Wilimowski, Peterek (rok 1936). (Zdjęcie pochodzi z zasobów NAC).

Kiedy prawdziwi królowie pokłonili się przed Jezusem, to przed królami Ruchu pokłoniła się cała liga w okresie przedwojennym. W sumie trzej niebiescy królowie zdobyli w niebieskich barwach 324 ligowe gole, jeśli doliczymy do tego pozostałe spotkania, możemy do tej liczby dodać co najmniej drugie tyle. Wilimowski, Wodarz i Peterek byli zupełnie inni pod względem charakteru, temperamentu i pomysłu na swoje życie, ale na zielonej murawie kapitalnie się uzupełniali, jakby ich łańcuch nici DNA zawierał sekwencję o jasnym znaczeniu: podaj, strzel, wygraj, zostań najlepszym.

Na malowidłach w Wielkich Hajdukach (dzisiaj Chorzów) magów zawsze było jedenastu. Można było ich podziwiać cały czas.

Programy Ruchu

Daliśmy się namówić aby opublikować programy Ruchu. Ich obecna liczba to 68. i choć zostało jeszcze kilkanaście do opublikowania to już teraz zachęcamy do poczytania. Z niektórych można się dowiedzieć, gdzie w latach 30. można było kupić bilety na mecze Niebieskich, z programów lat 70. będziecie mogli poczytać o sukcesach w europejskich pucharach. W latach 90. polecamy poczytać o kandydatach do Rady Miasta, którzy kochali klub Ruchu. 2000 rok to świetny miesięcznik „Niebiescy”. 

Mutato nomine de te fabula narratur *)

Bajka bez morału.

Od kilku tygodni (miesięcy) pewna drużyna na boisku wygląda jakby zostawiała w szatni swoje klejnoty, a zęby bolą od ich oglądania.

Grze przygląda się Pan Kalanrof, trener chyba, mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Drużyny Ruchu chyba. Nie wiem co trenuje Pan Kalanrof, ale na pewno nie piłkę nożną, chyba, że to jakaś parodia tej dyscypliny sportu.

Panu Kalanrofowi przygląda się Pan Ketęiz, chyba zna się na piłce, skoro uważa, że fantastycznie ten (niby) trener wykonuje swoją pracę. Idzie zima, niech znowu Pan Ketęiz ubierze swoją kurtkę. Będzie mu cieplej. Najlepiej jak dobierze czapkę. Z pomponem.

Kibice domagają się zwolnienia Pana Kalanrofa, ale prędzej będzie nowy stadion niż on sam zrezygnuje. Kto może go zwolnić, jak sam nie chce? Może mi to ktoś wytłumaczyć? O co w tym chodzi? Jakiś morał jak na bajkę przystało? Niestety to krótka bajka bez morału. Parodyści jakich mało.

 

*) – O tobie ta bajka mówi, choć pod zmienionym imieniem

O Wielkim Ruchu

Tak mnie naszło pytanie, kiedy człowiek znajduje czas na swoje pasje, obok pracy, obok tej prędkości, która nas otacza. Wolny czas z telefonem w ręce i laptopem na kolanach, z włączonym telewizorem, w którym nie ma nic ciekawego. W zasadzie mógłbym swój wolny czas poświęcić właśnie w taki sposób. Czekać aż coś wydarzy, czekać i narzekać.

Jakiś czas temu zarząd Stowarzyszenia Kibiców „Wielki Ruch” zaproponował abym do nich dołączył, sporo myślałem o swoim wolnym czasie, który mógłbym poświęcić na inne przyjemności, ale postanowiłem spróbować. Gdy porozmawiałem ze znajomymi, to jednym z pierwszych pytań było: jak duże mają długi? Nie mają – są na plusie. Stowarzyszenie jest w pełni transparentne. W moim odczuciu powstało w fatalnym dla Ruchu momencie, nie znam żadnego kibica, który nie miałby dość obecnej sytuacji. Kibice oczekują konkretnych działań, ale bądźmy poważni, stowarzyszenia nie stać, aby przejąć akcje klubu, spłacać raty z procesu restrukturyzacji ani nawet założyć nowej drużyny.

Niestety.

Generalnie nasze najbliższe plany i tak nie usatysfakcjonują kibiców, bo mamy zamiar pozyskać partnerów dla członków stowarzyszenia i Akademii, wspomagać akcje dla dzieci poza stadionem oraz w miarę możliwości pomagać w akcji „Niebieski Junior” na stadionie. Mimo plotek, jakie do mnie dotarły nasz kontakt z Simonem ma się dobrze i absolutnie nie zamierzamy się wcinać w akcje, które prowadzi. A jeśli już będziemy to robić, to żeby mu pomóc, bo rąk do pracy na rodzinnym nie brakuje. Wszyscy jesteśmy kibicami Ruchu i gramy do jednej bramki. Tak traktuję rolę Stowarzyszenia.

Moim zdaniem kibicom potrzebny jest impuls, jak manifestacja przeciwko działaniom miasta w zakresie budowy stadionu. Jesteśmy za, nikt nas nie musi przekonywać, aby ją zrobić, ale za nią muszą iść wszyscy kibice Ruchu. Nawet ci, którzy głównie narzekają na sytuację, nie dając nic w zamian. Może to jest najlepsze rozwiązanie. Usiąść, zalogować się i czekać aż się coś wydarzy. Czekać i narzekać.

Daję sobie 6-8 miesięcy. Nie wiem, co się wydarzy w tym czasie, ale nie chcę sobie pluć w brodę, że nie spróbowałem, że odpuściłem. Nie robię tego dla poklasku ani dla siebie. Porażka Stowarzyszenia będzie porażką kibiców Ruchu, obojętnie co o nim sądzicie, bo jeśli grupy kibicowskie teraz się nie skonsolidują, to za chwilę może być za późno. Nie dla Stowarzyszenia, ale dla przyszłości Ruchu Chorzów.

 

Autor: Grzegorz Joszko

Wirtembergia

O Ruchu jest jeszcze wiele historii do opowiedzenia. Tej nie mieliśmy okazji opowiedzieć. Przenosimy się do Wirtembergii do końcówki 1934 roku.

Sylwester

Ruch Wielkie Hajduki jest w trakcie tournée w Niemczech. Najpierw w wielkim stylu pokonał Bayern Monachium (tutaj przeczytacie o tym meczu, jest to ostatni wpis na stronie). Po tym zwycięstwie Niebiescy udali się pociągiem do Stuttgartu na kolejny mecz z miejscowym VfB. Piłkarzy i działaczy Ruchu przywitał ogromny gmach dworca, na którym czekali już przedstawiciele niemieckiej drużyny, którzy przewieźli hajducką ekipę samochodami prosto do trzygwiazdkowego hotelu „Concordia”, który mieścił się w Bad Cannstatt, na przedmieściach miasta.

Hotel Concordia

Pewnie wieczór zostałby zakończony o godzinie 18:00 wraz z przybyciem do hotelu, ale trudno było oczekiwać, że 31 grudnia 1934 roku o tej porze ktoś miał zamiar iść spać. Kierownictwo Ruchu zostało zaproszone na oficjalną imprezę Sylwestrową organizowaną przez VfB w „Kurhausie”. Prasa niemiecka relacjonowała to wydarzenie:

W wieczór sylwestrowy Polacy byli gośćmi i świadkami prawdziwie niemieckiego Święta Bożego Narodzenia które VfB zorganizował w sali kuracyjnej w Cannstatt. To Święto Bożego Narodzenia ma tradycję i format, nie tylko w Cannstatt, tej ziemi ojczystej wielkiego VfB, ale i znacznie dalej. Ojciec Haage, znowu zainscenizował z młodzieżą wspaniałą niespodziankę, a wielka rodzina VfB znakomicie bawiła się długo w Nowy Rok.

Zamiast śniegu z nieba padał deszcz. Na godzinę przed północą kierownictwo Ruchu postanowiło zmienić lokal na bardziej imprezowy, znaleźli go przy głównej ulicy Die Königstraße, która już wówczas była najdłuższą i najbardziej ruchliwą ulica handlową w Europie. Wstęp do lokalu kosztował 3 marki, jednak nie powstrzymało to przed wejściem do środka. Za butelkę wina trzeba było zapłacić 4 marki, a za szampan 5,50. Kiedy wybiła godzina „zero” zabawa trwała nadal. Kierownictwo Ruchu w osobach szefa tournée Baranowskiego, kierownika drużyny Giemzy, trenera Wiesera, wiceprezesa ds. finansowych Długiego w stanie mocno wskazującym wróciło do hotelu.

Piłkarze? Wg relacji już dawno zasnęli. Ci jednak pozostają w hotelu i umilają sobie czas w swoich pokojach. Nie mogą korzystać z baru hotelowego, gdyż kierownictwo Ruchu już wcześniej poinstruowało personel i kierownictwo „Concordii” aby pod żadnym pozorem nie sprzedawało wysokoprocentowych trunków piłkarzom Ruchu.

Propagandowe wizyty

Niedzielne śniadanie rozpoczęło się o godzinie 10:30, niektórzy mieli ochotę uczcić Nowy Rok, ale nie było czasu, bo cała ekipa została zaproszona do Ratusza Miejskiego. Tam ustawieni w rzędzie czekali na przedstawicieli Burmistrza Miasta. W drzwiach witał wszystkich ubrany w strój wojskowy Radca Miejski dr Locher. Radca podkreślił wzorowe stosunki, jakie zapanowały pomiędzy Polską i Niemcami. Goście z Wielkich Hajduk otrzymali w prezencie skórzane portfele z dedykacją oraz prospekty propagandowe. Po spotkaniu u Burmistrza na hajduczan czekała kolejna kurtuazyjno-polityczna wizyta, tym razem w willi Reitzenstein u namiestnika Rzeszy (dla Landu Wirtembergia) SS-Gruppenführera Wilhelma Murra oraz Dyrektora Sportowego Landu Dr Kletta., którzy przyjęli swoich gości w asyście oficerów Reichswery. Wilhelm Murr podchodził do każdego z piłkarzy witając się i zamieniając z nim kilka słów. Najdłużej zatrzymał się u Ernesta Wilimowskiego. Kurtuazyjnie życzył Ruchowi wygranej.

Politechnika Warszawska

W końcu piłkarze Ruchu dotarli samochodami na stadion VfB. Neckarstadion zrobił piorunujące wrażenie, sama główna trybuna mogła pomieścić 5 tysięcy kibiców. Stadion był cały udekorowany flagami polskimi oraz niemieckimi. Na kierownictwu Ruchu zrobiło wrażenie przeszklone pomieszczenie znajdujące się na głównej trybunie, przeznaczone do nadawania relacji radiowych (już za kilkanaście miesięcy prawie identyczna kabina pojawiła się na stadionie Ruchu). Padający w nocy deszcz spowodował, że murawa była podmokła, w zasadzie na boisku w niektórych miejscach było po kostki błota. Mecz rozpoczął się w Nowy Rok dokładnie o godzinie 14:30.

Tak się złożyło, że równocześnie w Stuttgarcie w charakterze gości Zarządu Miasta przebywała grupa polskich studentów i studentek z Politechniki Warszawskiej. Prasa niemiecka o studentach ze stolicy napisała:

Powitali oni z entuzjazmem – co zrozumiałe – przypadkową obecność swego mistrza piłkarskiego i każdorazowo, gdy biało-niebieski atak hutników z Batorego zdobył bramkę, wysoko wymachiwali 50-cioma biało-czerwonymi chorągiewkami.

Polska prasa zaś o tym wydarzeniu napisała:

Jako pierwsza wkracza na boisko drużyna Ruch – według wzrostu. Na stadionie jakby zagrzmiało. Ku wielkiej naszej uciesze nalewem skrzydle trybuny zrywa się głośny chóralny okrzyk: „Ruch brawo”! A nad głowami widzów wymachuje grupa kibiców chorągiewkami o barwach polskich.

Problemy żołądkowe

Obie drużyny ustawiły się na środku boiska, po powitaniach przedstawicieli Ruchu i VfB, kierownik drużyny Ruchu wręczył na ręce przedstawiciela niemieckiej drużyny statuetkę z węgla (podobną do tej przekazanej drużynie Bayernu).


Drużyna VfB Stuttgart w Wielkich Hajdukach (06.10.1935). Zdjęcie pochodzi z zasobów NAC.

W porównaniu z poprzednim meczem rozegranym w Monachium, w spotkaniu nie wystąpili Badura i Zorzycki. Ich pozycje zajął Nowakowski oraz Panhirsz. Ten pierwszy niestety miał „niestrawność żołądka” i już po kwadransie zszedł z boiska. Za niego wszedł Badura, który miał powstrzymywać ataki VfB w środku boiska. Do tego momentu Niebiescy przegrywali 0:2.

W tym meczu po iście królewsku zagrała lewa strona: Wodarz z Wilimowskim. Ten drugi w 18 minucie zmniejszył prowadzenie drużyny ze Stuttgartu. Piłkę podał do „Eziego” Wodarz, a Wilimowski sprytnie upadając uderzył piłkę, która wpadła do bramki. Chwilę później Gerard Wodarz minął przebojem piłkarza VfB i pięknym strzałem doprowadził do wyrównania. Kolejne bramki są znowu dziełem tych samych zawodników i w 31 minucie meczu wynik brzmiał 4:2 dla Ruchu. Na dwie minuty przed końcem pierwszej połowy Ernest Wilimowski zdobył przepiękną bramkę numer pięć. Prasa o niej napisała:

Otrzymawszy piłkę od Tatusia, wózkuje z kolei dwu pomocników, obu obrońców i w końcu znajduje się oko w oko z bramkarzem. Ostatni czyni rozpaczliwy wybieg, pada z całą siłą w błoto, a uśmiechnięty Wilimowski wbiega z piłką do bramki.

W przerwie doszło do kolejnych zmian w hajduckiej drużynie, schodzą z boiska Panhirsz oraz Tatuś, za niego w bramce pojawił się Kremer, zmiany nie wpływają dobrze na zespół Ruchu, który stracił dwie bramki. W obronie dwoił i troił się Antoni Rurański. Mecz się zaostrzył, trup ścielił się gęsto. Piłkarz VfB Rutz przy upadku złamał kontuzjowany wcześniej obojczyk, zastąpił go Kraft. W trakcie meczu jak w hokeju, co chwilę Tatuś z Kremerem zmieniają się w bramce. Prasa niemiecka napisała:

Obydwaj bramkarze Tatuś i Kremer, którzy stale się wymieniali, gdy któryś z nich coś „sknocił”, wnosili przynajmniej nieco humoru; oczywiście przy tym przemoczonym przez deszcz terenie, nie mieli łatwego zadania.

W sumie w tym spotkaniu zagrało aż 28 zawodników (4 zmienników w Ruchu), co na ówczesne czasy były dość niezwykłe. Mecz zakończył się ostatecznie wynikiem 5:4 dla Ruchu. W rzutach rożnych 9:3 dla Ruchu. Wieczorne wydania lokalnej prasy zrelacjonowały zakończony zaledwie kilka godzin wcześniej mecz.

W tym samym czasie piłkarze Ruchu zmywali z siebie kilogramy błota, które pokrywały ich strój i całe ciało. Na żadnym z zawodników nie pozostała sucha nitka.

Niemiecki „Kicker” pisał po meczu:To nie było żadne towarzyskie spotkanie w zwykłym trybie, lecz rasowa walka pełna napięcia. Jesteśmy nader zaskoczeni wysokim poziomem Polaków, gdyż grała drużyna, która tak, jak ją widzieliśmy w Stuttgarcie, mogła podjąć walkę z czołówką Wiednia lub Budapesztu.

Ruch zagrał w składzie: Tatuś (od 45. min.Kremer) – Rurański, Katzy – Panhirsz (od. 45. min. Zorzycki), Nowakowski (od 15.min. Badura), Dziwisz – Urban, Giemza, Peterek, Wilimowski (od 80. min. Kubisz), Wodarz.

Po oczyszczeniu się z błota, piłkarze Ruchu zostali zaproszeni na wystawną kolację zorganizowaną przez działaczy VfB, którzy przed rozpoczęciem wręczyli kierownictwu Ruchu złotą odznakę klubową (nie wiadomo, gdzie jest obecnie). Piłkarze obu drużyn szybko się zaprzyjaźnili w trakcie trwającego wieczoru, niektórzy wbili mocnego klina, choć jak podkreślał pan Baranowski wszystko odbyło się kulturalnie i przy wzorowym zachowaniu.

Następnego dnia rano o godzinie 5:30 pociąg zawiózł ekipę mistrza Polski do Norymbergii, ale to…już zupełnie inna historia.

 

Autor: Grzegorz Joszko

Słoneczny dzień

Poniedziałek 14 sierpnia 1939 roku. Zwykły słoneczny dzień. Dwóch mężczyzn robi sobie zdjęcie na placu przed dyrekcją Huty Batory na ulicy Dyrekcyjnej (ulica do dzisiaj nosi tę nazwę).

Kilka dni później Ruch przegrał w Poznaniu z Wartą 2:5. Po tym spotkaniu świat obiegnie informacja o tym rząd III Rzeszy i rząd sowiecki doszły do porozumienia w sprawie podpisania paktu o nieagresji. 1 września wybuchła II wojna światowa.

Ci dwaj mężczyźni to Gerard Wodarz i Ernest Wilimowski. Piłkarze Ruchu, którzy zapewnili sobie nieśmiertelność na kartach historii klubu. Ich drogi się za chwilę rozejdą, każdy z nich podąży inną drogą.

Czy na ulicy Dyrekcyjnej w Chorzowie spotkali się przypadkowo czy kierowali swoje kroki do dyrekcji Huty Batory, gdzie pracowali? Kto zrobił to zdjęcie i dlaczego akurat w takim miejscu? Nie mamy pojęcia…

Historia Ruchu to ciągła praca i odkrywania szczegółów historii, czasami pewnych zdarzeń nigdy się już nie odkryje…a czasami jeden szczegół pozwala odtworzyć historię kawałek po kawałku..

Broszura o pilocie

Gerard Wodarz. Niezwykły człowiek. Mąż. Ojciec. Piłkarz. Żołnierz. Trener.

Z podziwem zawsze czytałem o tej postaci. Grał na pozycji lewoskrzydłowego, jego atutem był bardzo silny strzał z dużego kąta. Potrafił wrzucać piłkę na minimetry do swoich kolegów Peterka czy Wilimowskiego. Miałem okazję czytać jego krótkie wspomnienia, które ukazywały się w prasie. Niestety dziennikarz w trakcie prac nad materiałem oszukał Wodarza i zaprzestano dalszej publikacji jego historii. Dzieci Gerarda Wodarza poprosiły, aby sam napisał swoje wspomnienia. Gerard Wodarz siedział przed maszyną do pisania, ale nic nie powstało.

Miałem okazję poznać syna Wodarza – Lucjana oraz jego żonę Jadwigę. To wspaniałe i otwarte osoby. Kiedy ujrzałem pamiątki po Gerardzie Wodarzu, to przyznam szczerze – nie umiałem zasnąć w nocy.

Niedawno mój serdeczny przyjaciel, kibic i historyk Ruchu wspomniał, że powstała broszura o Gerardzie Wodarzu. Broszura? Nie kryłem swojego zdziwienia, aż autor jej autor Wojtek Zmyślony skontaktował się ze mną i wyjaśnił czego ów broszura ma dotyczyć. Otóż ma opowiedzieć historię Gerarda Wodarza jako żołnierza trzech różnych armii. Broszura zawiera w sobie przechowywane z niezwykłą starannością pamiątki po Gerardzie Wodarzu. Niektóre materiały zostaną opublikowane po raz pierwszy. W broszurze znajdą się zdjęcia, materiały z olimpiady, legitymacje klubowe i wojskowe.

Dla mnie Gerard Wodarz będzie zawsze i przede wszystkim piłkarzem Ruchu. Tak go widzę. Broszurę przeczytałem z ciekawością. Stanowi ona jednak tylko jeden z rozdziałów jego życia. Życia żołnierza. Życia pilota.

 

To nie jest reklama, ale jeśli macie ochotę broszurę kupić, możecie to zrobić tutaj.

 

Autor: Grzegorz Joszko

Taki sam pierun

Miało być o Ruchu Chorzów, ale jak zwykle podczas poszukiwań trafiłem na coś innego, o czym postanowiłem napisać.
O reprezentacji Polski.

Czy kręci mnie obecna reprezentacja? Muszę przyznać, że nieszczególnie. Nie jaram się Lewandowskim, ani innymi piłkarzami, ale muszę przyznać, że jaram się na Mistrzostwa Świata w piłce nożnej. Moja miłość do piłki nożnej nadeszła niespodziewanie w 1982 roku podczas Mistrzostw Świata rozgrywanych w Hiszpanii. Pamiętam kolorowy Rubin i nieprawdopodobne emocje, które emanowały z telewizora, bezbramkowe mecze z Włochami i Kamerunem, a później nadszedł mecz z Peru, kiedy pięć bramek załatwiło nam awans do dalszej rundy. Zajęcie 3. miejsca na mistrzostwach było cudowne, wydawało mi się wówczas to czymś normalnym. Po latach zrozumiałem, że był to wyjątek od reguły. Byliśmy drużyną tylko dobrą, później słabą, przeciętną – a teraz sam nie wiem, na co stać polską ekipę. Czekam na mistrzostwa i czekam, aż reprezentacja Polski niespodziewanie ugra coś, aby została zapamiętana na wiele, wiele lat. Jak w 1938, 1974 i 1982 roku. Resztę występów przemilczę, bo nikt o nich nie pamięta.

80. lat temu wystąpiliśmy po raz pierwszy na Mundialu, który odbył się we Francji. Podobnie jak dzisiejsza reprezentacja zaszyła się w Arłamowie, tak drużyna z 1938 roku na zgrupowanie wybrała Wągrowiec. Dlaczego wybrano akurat tę małą miejscowość położoną 40 km od pierwszej stolicy Polski? Otóż pułkownik Kazimierz Glabisz ówczesny prezes PZPN pochodził z Wielkopolski, znał dobrze te tereny i wybrał je na obóz. Piłkarze przybyli do Wągrowca pociągiem, stamtąd zostali przewiezieni do Państwowego Liceum Pedagogicznego (obecnie Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych nr 2 przy ulicy Kościuszki), gdzie zostali zakwaterowani.


Zespół Szkół Pedagogicznych w Wągrowcu

Ten postsecesyjny i monumentalny obiekt szkoły został oddany do użytku w 1909 roku. To w nim – od 25 stycznia do 9 czerwca 1919 roku – mieściło się Dowództwo Frontu Północnego Powstania Wielkopolskiego. Czy stacjonował w nim również Kazimierz Glabisz, który przecież brał czynny udział w tym powstaniu? Tego nie udało się potwierdzić. W tych rejonach na pewno dobrze się czuł urodzony w Poznaniu Marian Spoida, który pełnił funkcję asystenta trenera reprezentacji Józefa Kałuży. Drugim asystentem Kałuży był Tadeusz Foryś (od 1969 do 1971 roku trener Ruchu Chorzów). Obaj opowiadali o zgrupowaniu: Codziennie sprawdzamy wagę, bo  apetyty są diabelne. Jednego dnia na kolację poszło dosłownie sto jajek (…) Rano o 8-ej – 15 minut bieg po lesie, po śniadaniu gimnastyka nad jeziorem i gry sportowe. Po obiedzie trening kondycyjny, wieczorem spacer po lesie, o 22-ej gasną światła.

Co zaskakujące trener reprezentacji Polski Józef Kałuża pojawił się w Wągrowcu dopiero w ostatni dzień zgrupowania.

„Przegląd Sportowy” pisał, że Brazylijczycy trenują na serio, a na polskim zgrupowaniu „Sielanka”.

Piłkarze grali w koszykówkę i w tenisa (najlepszym tenisistą wśród piłkarzy był urodzony w Piekarach Śląskich Wilhelm Góra) i pływali po jeziorze kajakami i łódkami. Podczas jednego z takich wypadów Marian Spoida i Władysław Szczepaniak wpadli do wody, koledzy z drużyny od razu Szczepaniakowi nadali nowy pseudonim „Wieloryb”.

Zawody kajakowe reprezentantów Polski na jeziorze Durowskim

Dziennikarze relacjonowali wydarzenia z Wągrowca, o którym pisali: Dookoła liceum nie ma wielkich domów, nie ma gwaru i hałasu wielkomiejskiego. Oko widzi tylko błękit pobliskiego jeziora i zieloność lasów, parku i pól. Płuca wdychają czyste i świeże powietrze.

Piłkarze oprócz treningów potrafili znaleźć czas na złożenie kwiatów pod pomnikiem poległych w Powstaniu Wielkopolskim.

Dla mieszkańców Wągrowca to było nie lada wydarzenie. Burmistrz i starosta w sumie trzykrotnie zaprosili piłkarzy na posiłek do ratusza (śniadanie i dwukrotnie podwieczorek).

Obiad reprezentantów Polski. „Piłkarze w niebieskich mundurach” (sportowe wiatrówki, spodnie – petki)

Obóz reprezentacji Polski trwał od 27 maja do 2 czerwca. W trakcie obozu piłkarze z orzełkiem na piersi rozegrali spotkanie pokazowe z uczniami Liceum Pedagogicznego. Okolicznościowy mecz zakończył się wynikiem 12:0 dla biało-czerwonych.

Reprezentacja Polski vs. Liceum Pedagogiczne

W rewanżu uczniowie urządzili dla piłkarzy „Wieczór Humoru”, gdzie przygotowano śmieszne scenki. Najwięcej braw otrzymał uczeń, który wcielił się w postać spikera radiowego relacjonującego drugą połowę meczu Polska – Brazylia. Mecz zakończył się wynikiem 4:1 dla Polski. Piłkarze mieli okazję się również wykazać. Ernest Wilimowski powiedział:

Brazylijczyków się nie boję. Podobno gram przeciwko murzynowi. No to co, taki sam pierun jak ja!

Po zgrupowaniu w Wągrowcu kadra narodowa Polski udała się do Strasbourga, by po raz pierwszy uczestniczyć w Mistrzostwach Świata. Nie sprawdził się scenariusz ucznia Państwowego Liceum Pedagogicznego. Brazylia pokonała Polskę 6:5 po dogrywce. Na pewno Ernest Wilimowski nie przestraszył się nikogo.

 

Autor: Grzegorz Joszko

 

Źródło:
HistoriaRuchu.pl
Zdjęcia udostępnił Lucjan Wodarz
„Wągrowiec. Przewodnik po mieście” Wł. Purczyński.
„Przegląd Sportowy” R:1938
http://zsp2wagrowiec.pl/pliki/patron/historia
https://wagrowiec1381.wordpress.com

Zdjęcie z 1937

Po wydaniu książki „Niebieskie Majstry” napisał do mnie mój stary znajomy z zapytaniem, dlaczego zdjęcie, które mi przekazał nie znalazło się w książce. Wyjaśniłem mu, a przy okazji postanowiłem podzielić się z wami tą historią, którą odkryłem prawie 3 lata temu.

Zacznijmy od początku. W 2015 roku na swoim starym nieistniejącym już blogu napisałem tekst o meczu pomiędzy drużynami Ruchu oraz węgierskiej drużynie Nemzeti SC (NSC – Nemzeti Sportkedvelők Clubja). Niebiescy wygrywają 5:3. Mecz odbył się 29 marca 1937 roku.

Na końcu tekstu z 2015 roku podałem składy obu drużyn oraz zdjęcie węgierskiej drużyny z meczu z Wisłą w Krakowie (było rozgrywane dzień wcześniej, Nemzeti wygrało 1:0).

Kilka tygodni później napisał do mnie wnuk jednego z piłkarzy (w kółku na zdjęciu), a ja skrzętnie opisałem to wydarzenie w następnym blogowym tekście pisząc:

Skontaktował się ze mną Gyula, wnuk piłkarza, który występował w tej drużynie (János Kisalagi Wohlram – najlepszy piłkarz tej węgierskiej drużyny). Gyula napisał o swoim dziadku książkę, którą od niego dostałem. Książka w całości napisana jest po węgiersku, ale jak się ma znajomych Węgrów, to i ta przeszkoda jest do pokonania. Gyula zwrócił mi uwagę na dwie sprawy: poprawną pisownię piłkarzy (w prasie przedwojennej błędy ortograficzne były na porządku dziennym), a drugą, że jego dziadek János Kisalagi Wohlram na zdjęciu zrobionym w Krakowie, przed meczem z Wisłą stoi w tyle w płaszczu, a zatem w tym meczu zagrać nie mógł. Czy zagrał z Ruchem? Trudno dociec, bo zdjęć z tego meczu nie ma, a w relacjach prasowych pisano: „Nemzeti, w takim samym składzie z Ruchem, jak dzień wcześniej z Wisłą”.

Co ciekawe János Kisalagi Wohlram strzelił w Krakowie nawet zwycięską bramkę w tym pojedynku, o czym pisała ówczesna prasa. Czy rzeczywiście to zrobił? Czy przebrał się tuż przed meczem i wybiegł na murawę? Tego pewnie się już nie dowiemy.

Gdy pisałem tekst w 2015 roku nie dysponowałem zdjęciami z meczu w Wielkich Hajdukach pomiędzy Ruchem i Nemzeti, ale dosłownie parę chwil później wpadło mi w ręce poniższe zdjęcie, które pozwoliło rozszyfrować kolejną zagadkę.

János Kisalagi Wohlram stoi w tym samym płaszczu co w Krakowie, po prawej stronie. Piłkarze Nemzeti mają jednak koszulki w poziome pasy (w Krakowie grali w pionowych). Jednak to identyfikacja Jánosa pozwoliła potwierdzić, że to właśnie z tego meczu pochodzi to zdjęcie. Rozszyfrowanie tego zdjęcia, pozwoliło rozszyfrować kolejne.

Niby zdjęcie jak każde inne. Okazało się jednak, że jedno z najsłynniejszych zdjęć Ruchu z okresu przedwojennego pochodzi właśnie z tego spotkania. W identyfikacji pomogły fryzury, getry oraz sznurki w koszulkach piłkarzy. Z drugiej strony tego zdjęcia mamy miejsce na naklejenie znaczka i wpisanie adresu. Zdjęcia potrafią mówić swoim własnym głosem, trzeba to tylko usłyszeć. To jest wyjątkowo cenne, bo ma w oryginale podpisy pozwalające na identyfikację piłkarzy, co wcale nie jest takie proste, jak mogłoby się wydawać.

Ta fotografia nie mogła znaleźć się w książce, ponieważ została wykonana w 1937 roku, kiedy Ruch nie zdobył tytułu mistrzowskiego.

Autor: Grzegorz Joszko

PS. Gyula thanks again